Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

"Lardżelka" - Wanda Szymanowska



         Bohaterką "Lardżelki", drugiej powieści Wandy Szymanowskiej, jest niezwykle sympatyczna młoda kobieta w rozmiarze XXL. Zofia jest wykształcona, ma dobrą pracę, narzeczonego i wydaje się jej, że wszystko w jej życiu jest takie, jak pownno. W tej słodkiej nieświadomości żyje do pewnego pamiętnego sylwestrowego wieczoru, kiedy słyszy z ust partnera niezwykle chamski komentarz na temat swojego wyglądu. Słowa mężczyzny sprawiają, że jej świat wywraca się do góry nogami. Chwilowe załamanie jednak mija i Zofia podejmuje decyzję o odchudzaniu, ale zupełnie nie wie, jak się za nie zabrać, bo z rodzinnego domu nie wyniosła żadnej wiedzy dotyczącej zdrowego żywienia. Postanawia zaryzykować i przeznacza niemałą sumę na pobyt w ośrodku dla grubasów "Lardżelka".
         Początki bywają bardzo ciężkie, ale w grupie raźniej. Poza tym za nic w świecie nie chciałaby już usłyszeć, że przypomina komuś wielką balię do prania. Zofia poznaje historie innych grubasów - ofiar współczesnego trybu życia, którzy albo wybrali wygodne stołowanie w barach szybkiej obsługi, albo wynieśli z domu miłość do tłustych i słodkich posiłków. Pobyt w "Lardżelce" się kończy, ale to dopiero początek trudnej drogi, obfitującej w kryzysy i zwątpienia. Dobrze, że może liczyć na wsparcie przyjaciółki Iwony.
         Autorka bardzo realistycznie przedstawiła zmiany, które zachodzą w ciele i umyśle osoby na diecie. Książka jest rodzajem pamiętnika, w którym główna bohaterka opisuje swoje wzloty i upadki, komentuje zachowanie niechętnego grubasom otoczenia, zwraca uwagę na wszelkie przejawy dyskryminacji osób z nadwagą, a wszytsko to z charakterystycznym dla siebie dystansem i humorem, dzięki czemu powieść mimo trudnej tematyki nabiera lekkości. Co ważne, książka odsłania pewną prawdę o ludziach otyłych, którzy pokornie znoszą wszelkie komentarze na swój temat, bo nie mają odwagi się odezwać, uważają, że sami są sobie wnni i zasłużyli na to, co ich spotyka. Dopiero pierwsze sukcesy w odchudzaniu dają im siłę do walki o normalne traktowanie ich przez otoczenie.
          "Lardżelka" to opowieść o trudnym zadaniu, z jakim zmierzamy się na co dzień, bo kto z nas nie walczy z własnymi słabościami, gdy ciągle kusi dostępne dosłownie wszędzie niezdrowe jedzenie? Kto z nas nie zamieniły ślęczenia przy garach i stosu naczyń do zmywania na szybki obiad na mieście? Powieść Wandy Szymanowskiej podpowie wiele rozwiązań dla chcących się zmierzyć z trudnym wyzwaniem, jakim jest zmiana nawyków żywieniowych. Poda kilka sposobów, by "tekturka o smaku chleba" lepiej smakowała, a myślenie o jedzeniu nie zasłaniało innych przyjemności życia.
         Książkę dobrze się czyta, a bohaterki nie da się nie lubić. Myślę, że powieść może zainspirować wiele kobiet do podjęcia wysiłku, by zmienić swój wygląd, a przy tym na nowo poukładać wszystko w swojej głowie, bo odchudzanie nie tylko spala tłuszcz, ale także kształtuje charakter i czyni z "potulnego cielęcia", pewną siebie, znającą swoją wartość osobę, która ma odwagę upomnieć się o szacunek i równe traktowanie.
         

niedziela, 18 stycznia 2015

"Stokrotki w deszczu" - Anna Gratkowska



Książka jest diagnozą świata współczesnych absolwentów, którzy z tytułem magistra lądują w pośredniaku i miesiącami, a nawet latami czekają już nawet nie na wymarzoną, ale jakąkolwiek pracę. Główna bohaterka, która mimo poczucia bezsensu wysyła kolejne CV i śledzi portale dla szukających pracy, w końcu wypowiada gorzką prawdę o swoich szansach na normalne zawodowe życie:

Nikt nie ma odwagi zacytować statystyk, według których liczba magistrów przekracza liczbę etatów. Prawdę mogę poznać tylko w urzędzie. W urzędzie jest jasno powiedziane, że mój czas i umiejętności nie są nikomu potrzebne.

Dzisiejszy świat nie ma do zaoferowania młodym ludziom zupełnie nic. Szczęściarze, których natura obdarzyła pyskatą naturą, uporem i zbytnią pewnością siebie, jeszcze jako tako sobie radzą (Anka). Gorzej z tymi, którzy, jak narratorka, nie pasują do współczesności - są skromni, nieśmiali, bez siły przebicia, trochę nieporadni. Dla takich nie przewidziano żadnego zajęcia.

Kolejne próby znalezienia zatrudnienia, rozmowy kwalifikacyjne kończące się kłamliwym zapewnieniem, że "na pewno do pani oddzwonimy", przeliczanie każdej złotówki, miesięcznym przegląd rachunków i gorzka refleksja, że jednym zbędnym zakupem okazały się żelki i orzechowe ciastka za całe 6, 08 zł, i jeszcze pozostająca w sferze marzeń kawa z przyjaciółką w Cafe Paradise - oto, z czym zmaga się nasza bohaterka, a z nią ogromna liczba młodych ludzi we współczesnej Polsce.

Młoda kobieta jeszcze jako tako funkcjonuje chyba tylko za sprawą wspierającej ją rodziny i męża. Wszyscy wierzą, że w końcu się jej uda, ale ona sama ma świadomość, że trochę zmarnowała swój potencjał. Wybór dziennikarstwa nie był dobrym pomysłem, sama nie czuje się na siłach, aby podołać pracy w zawodzie. Najchętniej widziałaby się w ciepłym kąciku przy komputerze, ale wie, że nikt takiej pracy jej nie zaoferuje.

Powieść porusza trudne, współczesne problemy młodych ludzi, wśród których znajdzie się: beznadziejne poszukiwanie pracy; walka o prawo do osobnego życia, do małżeńskiej prywatności kosztem niestety comiesięcznych rachunków za wynajem; brak czasu dla własnego dziecka, bo jeśli już jakieś zajęcie jest, to pracodawca wymaga ogromnego zaangażowania i pracy od rana do wieczora; pierwsza małżeńska kłótnia; nieplanowana ciąża w najgorszym dla kobiety czasie; depresja przyszłej matki i próba zachowania optymizmu mimo wszelkich przeciwności.

A ja wyję, bo przecież brak pracy i czarna dziura w budżecie pochłaniająca wszystkie nasze plany, i życie wywracane do góry nogami, w chwili, gdy tak niepewnie kroczymy naprzód. Nie wiem, jak damy sobie radę, chyba nie damy, czy można zrezygnować z tej konkurencji, ogłosić falstart, odwołać wyścig?

I jest jeszcze nieśmiertelny Facebook, do którego przeniosło się życie młodych ludzi. Tutaj przecież można troszkę nakłamać: zdjęcia i wpisy pokazują przecież tylko część prawdy o nas, tę lepszą część. Facebook leczy kompleksy: wystawię na widok publiczny swoje zdjęcie z uśmiechniętym bobasem, ale przecież za nic w świecie nie przyznam się, że jest mi ciężko, że jestem przemęczona;

Stokrotki w deszczu to książka, która pewnie niejednej młodej czytelniczce będzie bardzo bliska, bo odnajdzie w niej to, z czym sama się zmierza na co dzień.



piątek, 12 grudnia 2014

"Sklepik z Niespodzianką. Bogusia" - Katarzyna Michalak



        Pierwsza powieść z cyklu "Sklepik z Niespodzianką" urzeka łagodnością, ciepłem i malowniczą scenerią nadmorskiego, otoczonego pachnącym lasem miasteczka o nazwie Pogodna, 
        Główną bohaterką jest dwudziestosześcioletnia Bogusia, która po dwóch latach pracy na obczyźnie (sadzenie cebulek tulipanów w Holandii) wraca do kraju. Los sprawia, że dziewczyna nie dociera do rodzinnego domu na warszawskiej Saskiej Kępie, lecz zatrzymuje się na Pomorzu - w miejscu, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Urzekający  ryneczek Pogodnej staje się odtąd centrum świata młodej architekt krajobrazu. W zabytkowej kamieniczce wynajmuje mieszkanie i lokal na rozkręcenie interesu. Oczarowana jego starym wnętrzem postanawia urządzić w nim coś wyjątkowego - sklepik z duszą. Dobrze, że nad młodą, romantyczną, niedoświadczoną i nieco naiwną i kobietą czuwają twardo stąpający po ziemi rodzice, którzy uświadamiają jej, że porcelanowe aniołki i inne tego typu bibeloty nie są towarem pierwszej potrzeby i z pewnością nie zapewnią jej bytu. Pomysł mamy, ażeby w nowo wynajętym lokalu serwować pyszną czekoladę, a do niej ciasta domowej roboty, przypada dziewczynie do gustu.
        Rozpoczyna się remont lokalu na parterze kamieniczki, a nowa mieszkanka Pogodnej rozgląda się po okolicy, przygarnia bezdomnego pieska i marzy o wielkiej miłości. Nieco zagubiona dziewczyna poznaje ludzi, dzięki którym pierwsze dni w nowym miejscu nie są aż tak stresujące. A z niektórymi ( z cichą i skromną weterynarz Lidką, przebojową radną Adelą, sympatyczną emerytowaną psycholog - panią Stasią) udaje się jej zaprzyjaźnić i rozkręcić biznes. Romantyczna dusza Bogusi zawita także do starego dworku Potockich i pozna trzy pokolenia dziedziców słynnego nazwiska: dziadka Arkadego, ojca Wiktora i syna Bartosza. Po drodze natknie się także na miejscowego lowelasa, artystę malarza Igora, dla którego straci głowę.
         Dziewczyna przekonuje się, że Pogodna nie jest tak cichym miejscem, jak jej się wydawało, a jej mieszkańcy mają wyjątkową skłonność  do komplikowania sobie życia i wikłania się w intrygi. Bogusia nieświadomie daje się wciągnąć w tę grę: podrywa Igora i jednocześnie nawiązuje znajomość z najmłodszym z Potockich, któremu robi nadzieję na przyszły związek, poznaje historię zaginionej Anny, a wkrótce zakochuje się w jej mężu - trochę dużo jak na tak krótki czas i tak skromną i dobrze wychowaną dziewczynę. Mimo wszystko jednak dziewczyna w Pogodnej się nie zmienia - pozostaje tą naiwną, słabą, niewiele wiedzącą o życiu młodą kobietą, która chce sobie udowodnić, że potrafi dojrzale i mądrze wkroczyć w dorosłość, że nie boi się wyzwań (paliła przecież trawkę w Holandii i brała udział w ogniskowych ekscesach, a jakże!), że jest twarda i pewna siebie.
        Postać Bogusi jest nieco denerwująca, a precyzując, denerwująca jest jej naiwność nastolatki, a to przecież już kobieta po studiach. która, jak z dumą podkreśla, zakosztowała za granicą wolności i zakazanych owoców. Chciałaby być nowoczesną, samodzielną kobietą, a zachowuje się czasami infantylnie, a czasami znów zbyt śmiało (Wiktor), a potem dziwi się, że została tak inaczej potraktowana. Holenderskie ekscesy, którymi tak się chwali, to tylko nic nie znaczące epizody w jej życiu, które niczego jej nie nauczyły. Dziewczyna pozostała naiwną córeczką mamusi, która wciąż dziwi się światu, nie umie wyciągać wniosków z obserwacji ludzi i nie przewiduje skutków swojego zachowania.
        Walorami książki są na pewno: sceneria, dosyć ciekawa fabuła skrywająca tajemnice bohaterów, ciekawie i z humorem napisane przepisy na domowe ciasta. Minusem (dużym) jest kreacja głównej bohaterki.

piątek, 31 października 2014

"Zielone kalosze" - Wanda Szymanowska



    Bardzo udany debiut pani Wandy Szymanowskiej. Książka bez zbytniego patosu porusza temat przemocy w rodzinie i dojrzewania kobiet do wyzwolenia się spod wpływu mężów-tyranów. Może poważnie te słowa zabrzmiały, ale, tak jak wspomniałam, powieść została utrzymana w lekkim tonie, a poza tym tyle w niej optymizmu, że z pewnością nikogo nie przytłoczy.
    Autorka "wysłała" swoją główną bohaterkę z dużego miasta na prowincję, do opuszczonego domku wśród pól, które przecina błotnista droga, W tym miejscu pięćdziesięcioletnia kobieta, przyzwyczajona do luksusów i markowych ubrań szuka ciszy i odpoczynku po 30 latach związku z alkoholikiem. Jak to na wsi bywa, każda nowa rzecz nie ujdzie uwadze mieszkańców. Antonina od razu została zauważona i oczywiście wzbudziła sensację we wsi. Kto jak kto, ale sklepowa Stenia musi wiedzieć, co się wokół dzieje, więc gdy tylko pojawia się niecodzienna klientka, postanawia ją wybadać. Od pierwszego niewinnego "A pani to na długo?" rozpoczęła się przyjaźń wykształconej pani z miasta z prostą, wiejską, zaniedbaną, ale pełną ciepła i energii kobieciną, przyjaźń, która wiele zmieniła w życiu obu kobiet podobnie doświadczonych przez życie.
     Przyjazd Antoniny zakłócił leniwie płynące życie Ruczaju Dolnego. Wieś w oczach kobiety jawi się jako relikt PRL-u na czele z wójtem siedzącym na ciepłym stołku przy pustym biurku z papierosem w ustach i całowaniem rączek szanownej pani (tak na wszelki wypadek, bo nie wiadomo, co to za jedna, a co, jeśli się okaże, że ktoś ją nasłał?). Barak zwany świetlicą przypomina klubokawiarnię z lat 60, mężczyźni okupują knajpę w rynku a głowy miejscowych kobiet straszą nieśmiertelną trwałą z kręconymi lokami.

- Ale proszę cię, kochana, nie rób już więcej trwałej. Za bardzo wysusza włosy i robi się z nich taki brzydki wiecheć - wyjaśniała Antonina.
Stenia przyglądała jej się zdezorientowana. Pierwszy raz w życiu słyszy, że nie trzeba robić trwałej ondulacji, bo jest brzydka. No jak nie robić? Przecież wszystkie mają i kochają siedzieć dwie godziny u fryzjerki, bo tylko tam można dowiedzieć się ciekawych rzeczy - kto, z kim, kiedy, za co, po co, za ile, dlaczego i co z tego wynikło. To po co ona teraz będzie chodzić do fryzjerki? Prostować? A inne kręcą?

      Autorka genialnie oddała mentalność mieszkańców wioski, którzy żyją tak, jakby w Polsce w ostatnich latach nic się nie zmieniło. W ich świadomości funkcjonuje jeszcze stary system: rządzi wójt, a oni trwają w swoim marazmie, nawet nie próbują czegoś we wsi zmienić, choćby nawet upomnieć się o dom kultury, który umarł wraz z poprzednią kierowniczką. Jedyną rozrywką mieszkańców jest obserwacja siebie nawzajem, wysiadywanie w barze (mężczyźni) i ulubione ploteczki w sklepie czy u fryzjera (kobiety).
      Czy Antonina zaklimatyzuje się w nowym domu? Czy uda jej się ożywić miasteczko i zmienić podejście wójta do swojej pracy i potrzeb mieszkańców? Czy przyjaźń ze Stenią nie zachwieje rodzące się w nich uczucie do tego samego mężczyzny? I czy Stenia znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby podjąć ważną decyzję?
     Zielone kalosze to książka naprawdę dobrze napisana. Znakomity styl, lekkość narracji, ważny temat podany bez zbytniego roztrząsania i roztkliwiania się nad losem bohaterek, bardzo dobra kreacja bohaterów, których charaktery zostały bardzo realistycznie odmalowane i sporo smaczków w postaci zabawnych opisów realiów obyczajowych wsi - to wszystko tworzy naprawdę ciekawą opowieść.

sobota, 11 października 2014

"Trzynasty miesiąc poziomkowy" - Krystyna Siesicka




         Kolejne spotkanie z twórczością jednej z moich ulubionych autorek było czasem wyjątkowo miło spędzonym. Pani Krystyna Siesicka, jak zwykle zresztą, potrafi  zmieścić tak dużo treści, znaczeń, uczuć i refleksji w niewielkich rozmiarów powieści. Zastanawiające jest, w jaki sposób udaje się jej wejść ze swoją opowieścią głęboko w umysł czytelnika i pozostawić ją tam na długo.               Książkę otwiera następujący komentarz autorki:

Myślałam, że ta książka będzie żartem.
Okazało się, że ona wcale żartem nie jest.
Jeżeli jednak coś z żartu w niej zostało,
to może na nasze szczęście...

        Moim zdaniem nawet dosyć sporo tego żartu w książce. Sam sposób prowadzenia narracji jest grą z czytelnikiem. Autorka "umawia się" z nim co do wyglądu bohaterów, jakby dopiero na jego oczach tworzyła powieściową rzeczywistość. Otwiera przed nim swój umysł i pozwala obserwować proces twórczy. Czytelnik ma wrażenie, że opowieść rodzi się w momencie, w którym on ją czyta:

[...] do małej jadłodajni "Przydrożny barek" weszła Petra. Pomyślałam, że powinna być niewysoka, ubrana w długą brązową spódnicę, sięgającą po brzegi czarnych, sznurowanych bucików, że powinna mieć na sobie obcisłą rudą kurtkę, najlepiej sztruksową, ale już dość ciepłą, może podbitą cienkim sztucznym futerkiem. Szyję najchętniej owinęłabym jej długim wełnianym szalem, który Petra dostałaby od babci na swoje niedawno obchodzone osiemnaste urodziny, a ten szal niechby był w kolorze ciemnego bursztynu. Spojrzałam w stronę drzwi. Tak właśnie Petra była ubrana.

        Ciekawa jest także konstrukcja samego narratora, a w zasadzie narratorki. W niektórych partiach książki jest nią Izabela - jedna z osób stołujących się w "Przydrożnym barku", która zresztą nie ukrywa, że przychodzi tutaj, aby obserwować ludzi i skrzętnie notować to,co może jej się przydać do swojej powieści. Główną narratorką jest pewna kobieta, która wie i widzi wszystko, zagląda też do prywatnych domów niektórych bohaterów. W pewnych partiach tekstu jej rolę przejmuje Izabela, która relacjonuje to, co widzi i słyszy w jadłodajni i mówi w pierwszej osobie:

     Izabela ociągała się z wyjściem, ciągle licząc na to, że zaraz pojawi się tu starszy pan z siwą brodą. Miała wielką ochotę wyjąć ze swojej pięknej, skórzanej torby powiększające lusterko do makijażu i znowu sprawdzić w nim, jak wyglądają teraz jej włosy w kolorze złoty jasny szatyn, chociaż od chwili, kiedy wyszła od fryzjera, sprawdzała to dziesiątki razy.
    Nie uwierzycie, ale sprawdziłam znowu. Sięgnęłam po torbę, wyjęłam lusterko i pod pretekstem, że zaglądam do niego, żeby wyprostować zawiniętą rzęsę, obejrzałam sobie nasz nowy wizerunek, to znaczy wizerunek mój i Izabeli. Byłam w tym lusterku jakąś zupełnie obcą babą, której w ogóle nie znałam, więc jak tylko mogłam najszybciej, wrzuciłam ją do torby, bo ponad wszystko w świecie nie znoszę obcych bab.

 Czasami trudno się zorientować, która z kobiet w danym momencie mówi, bo bywa, że i w obrębie jednego akapitu na zmianę mówią obie narratorki:

    Izabela  zjadła zupę. Ciekawe, czy smakowała jej ta nowa jabłeczna. Zobaczyłam, że Tom przygląda mi się, być może zauważył, zapewne tak, bo uśmiechnął się i skinął głową z uznaniem. Od wczoraj byłam szatynką. 

         Taka kreacja narratora, to zapewne kolejny żart autorki, gra z czytelnikiem, który musi się postarać nad tą narracją zapanować. A może cała narracja jest tylko szkicem powieści Izabeli, która notuje jak leci - każde swoje luźne spostrzeżenie, które może się przydać w pracy nad powieścią, jak i już dopracowane fragmenty z wykreowanym narratorem.
        Tym, co decyduje o sukcesie powieści autorki, jest umiejętność takiego tworzenia rzeczywistości książkowej, by czytelnik czuł się współtwórcą tej rzeczywistości, by czuł, że osobiście obserwuje ten świat, a wydarzenia rozgrywają się na jego oczach. Nie bez znaczenia jest także znakomicie, jakby w przelocie uchwycone zachowania postaci, ich wypowiedzi, które tak wiele mówią o nich samych i problemach, z którymi się zmierzają.
        "Przydrożny barek" jest miejscem, w którym krzyżują się drogi ludzi w różnym wieku i o różnych zawodach. Atmosfera miejsca sprawia, że przychodzą oni nie tylko po to, by zjeść pachnący obiad, ale po prostu tam pobyć, z kimś porozmawiać, zobaczyć, jak wygląda życie innych ludzi,
       Restauracja Toma i Gustawa to miniatura świata, w którym obok siebie żyją młodzi i starzy, ludzie na stanowisku, którzy już coś w życiu osiągnęli i ci, którzy dopiero biorą się z życiem za bary.
A każdy przychodzi z własnym bagażem spraw, uczuć, problemów i widzi, że nie jest osamotniony w swoim bólu, że każdy inny człowiek też z czymś się zmaga i też szuka przyjaznej duszy.
       Zagubiona Petra nie potrafi obiektywnie ocenić swojego talentu, wierzy, że uda się jej utrzymać z tego, co lubi robić, nie ma innego pomysłu na życie. Tom, chłopak po traumatycznych przeżyciach próbuje rozpocząć życie na nowo. Z kolegą Gustawem zakłada więc "Przydrożny barek", który od początku działalności cieszy się dużym uznaniem gości. To ciepłe, pachnące domowym obiadem miejsce przyciąga też inną zagubioną młodą osobę, mianowicie Jaśminę, która tylko w oczach Gustawa znajdzie zrozumienie dla swoich błędów.
       Obok młodych zagubionych dusz pojawiają się też dorośli w średnim wieku: samotna Małgorzata szukająca pokrewnej duszy w internecie, Izabela, która nieudany związek odreagowuje, szukając w barku inspiracji do swojej książki, jest także jej siostra Mira, zaopatrzona przez autorkę stałym epitetem "aktorka charakterystyczna". Ta ostatnia skutecznie zwabia pewnego starszego pana, który pod wpływem jej uroku kompletnie nie zauważa, że jest finansowo wykorzystywany przez tę uroczą damę. I kolejna z postaci, które niczym aktorzy pojawiają się i znikają na scenie "Przydrożnego barku" - Modesta, starsza pani najsilniej chyba odczuwająca samotność i starość.
       "Przydrożny barek", miejsce na pozór zwyczajne jak wiele innych małych punktów gastronomicznych, jest wyjątkowe, bo oprócz pachnących zup oferuje swym gościom namiastkę domu, w którym każdy ma swoje miejsce przy stole i przyjazną duszę. Oby więcej takich "Przydrożnych barków" wokół nas.

          

sobota, 20 września 2014

"Lato w Jagódce" - Katarzyna Michalak



Przyjemny tytuł i ciepłą okładka sugerują, że akcja książki będzie się rozgrywać w wakacyjny miesiące w zabytkowym dworku, wśród zapachu wszelkiego rodzaju roślinności otaczającej dom, Niestety, zarówno tytuł, jak i okładka są mylące. Wydarzenia rozgrywające się w tytułowej Jagódce zajmują chyba nie więcej niż jedną dziesiątą objętości książki, i to na samym jej końcu. Skąd więc pomysł na taki tytuł? Owszem Jagódka pojawia się w kilku wcześniejszych miejscach - wspomina o niej Stefania, rozmyśla Gabriela, jednak jej wątek nie jest głównym, dlatego według mnie tytuł powinien brzmieć inaczej.

Książkę Lato w Jagódce czyta się łatwo i przyjemnie, chociaż paradoksalnie nie przedstawia ona lekkiej opowieści, która płynie leniwie jak letnie dni w zacisznym dworku. W przedstawionym czasie i przestrzeni dzieją się ludzkie dramaty, każdy z bohaterów jest czymś obciążony - a to kalectwem, a to biedą, samotnością, nieszczęśliwym dzieciństwem, wyrzutami sumienia, doświadczeniem wojny. Ta lekkość narracji pokazuje, że mimo wszelkiego zła, które dotyka człowieka, życie może być piękne. Ta pozytywna energia płynące z tej momentami nawet tragicznej opowieści to zasługa autorki, która ma dar dostrzegania w życiorysach, jakiekolwiek by one były, czegoś pozytywnego, a przede wszystkim - ukazywania piękna człowieczeństwa.

Lato w Jagódce to opowieść o współczesnym, bardzo doświadczonym przez życie Kopciuszku, który jak za skinieniem czarodziejskiej wróżki zamienia się w piękną kobietę i dostaje szansę na  normalne życie. Na równi z historią Gabrysi, rozgrywają się inne - jej ciotki Stefanii, Pawła i jego matki, Alka, Malwiny. Każda z tych postaci, gorzko doświadczona przez życie, odnajdzie po wielu zawirowaniach spokój i harmonię. Osiągnięcie tego stanu nie byłoby możliwe, gdyby nie obecność kogoś bliskiego. Sprawdza się zasada:  Gdy ty  pomagasz komuś, kiedyś ktoś pomoże tobie.

Lekki ton książki, szczypta humoru i ciekawe, wręcz niezwykłe historie to bardzo ciekawe połączenie, aczkolwiek przyczepiłabym się do kilku rzeczy. Najpierw do naciąganego, pasującego jak pięść do nosa wątku marokańskiego księcia i jego czterech ochroniarzy z kałasznikowami w rękach. Wkroczenie tej ekipy do gabinetu w zoo z martwym sokołem w założeniu miało być zabawne, mnie jednak nie śmieszyło ze względu na swoją absurdalność, a kolejne pojawienie się jej w akcji książki było już naprawdę denerwujące. 

Kolejna rzecz, do której mogłabym się przyczepić, to zbyt dużo tragicznych lub nieprawdopodobnych zdarzeń, które dotykają grupę bliskich sobie osób. Moim zdaniem nagromadzenie ich sprawia, że opowiadana historia traci na wiarygodności, a dodatkowo te niesłychane zbiegi okoliczności sprawiają, że książkę zaczyna się ją czytać jak baśń,a nie historię z życia wziętą. 

I jeszcze jedna myśl nasunęła mi się po lekturze tej książki. Brakowało mi w niej bardziej wiarygodnego ukazania rekcji bohaterów na momenty zmieniające ich życie. Przykładowo: Gabriela dowiaduje się prawdy o Malwinie, prawdy, która powinna nią wstrząsnąć, wywołać szereg głębokich emocji, bo przecież dotyczy także jej samej. Tymczasem Gabriela przyjmuje tę prawdę do wiadomości, przychodzi do Malwiny, by wszystko rzeczowo, bez  cienia emocji wyjaśnić i łatwo, bezstresowo przechodzi do porządku dziennego. Podobnie jest też w przypadku innych bohaterów. Tak mało emocji w tak ważnych i zmieniających życie bohaterów chwilach z pewnością też nie służy uwiarygodnieniu tych historii.

To tyle jeśli chodzi o pewne niedociągnięcia powieści. Ogólnie warta polecenia, gdyż w tym  splocie nieprawdopodobnych zdarzeń można wyczytać sporo więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. 

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"Jak oddech" - Małgorzata Warda


Książka została przekazana przez serwis 



„Jak oddech” to wyznania dziewczyny, która z perspektywy swoich dwudziestu jeden lat wraca do przeszłości, analizuje ją i szuka w niej przyczyn obecnych wypadków. Jasmin za wszelką cenę próbuje wyjaśnić zagadkę zniknięcia swojego chłopaka, a zarazem najlepszego przyjaciela, który był obecny w jej życiu od najmłodszych lat. Jego matka Alicja nie umiała mu okazywać matczynych uczuć, gdyż pojawił się na świecie w najmniej oczekiwanym momencie.
Wychowaniem Staszka zajęła się więc matka Jasmin, przyszywana siostra Alicji, której marzenie o powiększeniu rodziny nie mogło się spełnić. Staszka traktowała więc jak własnego syna, a jej córka była dla niego najlepszym towarzyszem dziecięcych zabaw. Staszek i Jasmin spędzali z sobą każdą wolną chwilę, co zaowocowało niezwykłą przyjaźnią, która w przyszłości, jak zaplanowali, miała się przerodzić w prawdziwą miłość aż po grób. Opowieść Jasminy o niedawnych wypadkach, przerywana wspomnieniami z dzieciństwa, budzi jednak wątpliwości, czy aby na pewno ta młodzieńcza emocjonalna bliskość przez obie strony była postrzegana jako zalążek przyszłej miłości.
Staszek od najmłodszych lat był inny niż jego rówieśnicy, do czego przyczyniła się jego wiecznie zapracowana i tkwiąca w toksycznym związku matka. Chłopiec usłyszał od niej kiedyś, że nie był dzieckiem chcianym. Nietrudno sobie wyobrazić, jak takie słowa wpłynęły na rozwój chłopca. Po latach, w rozmowie z Jasmin Staszek tak mówi o ich przyszłym wspólnym dziecku: „ Jeśli tak się zdarzy, nigdy nie usłyszy ode mnie, że cokolwiek zepsuło w moim życiu. Takich rzeczy nie powinno się mówić dzieciom. To takie wielkie obciążenie, za wielkie, bo potem…”
Staszek wkroczył w dorosłość obciążony brzemieniem wdzięczności dla matki Jasmin i dziecięcą obietnicą dozgonnej wierności Jasmin. Małomówny i zamknięty w sobie przenosi swoje emocje na papier. Młody artysta malarz tworzy dziwne wizje, w których być może kryje się zagadka jego przyszłego zniknięcia.  Wydaje się, że tylko w swojej twórczości Staszek jest prawdziwie wolny.
Gdy pewnego dnia chłopiec znika, zostawiając szereg niezałatwionych spraw, dla Jasmin kończy się świat. To przecież Staszek był dla niej wszystkim, z nim planowała przyszłość, jego tak bardzo kochała. Dziewczyna chce poznać prawdę, choć przeczuwa najgorsze. Na własną rękę szuka śladów obecności Staszka, a gdy traci nadzieję, że odnajdzie go żywego, robi wszystko, aby odnaleźć jego ciało. Działa na własną rękę, uciekając się do niestandardowych metod poszukiwania, nie wierząc w sugestie matki ani pani detektyw.

„Jak oddech” to powieść o uczuciach, które osaczają, ograniczają wolność i zabierają zdolność właściwego rozumowania i decydowania o własnym losie. To także opowieść o czasie dojrzewania, w którym łatwo się pogubić, pomylić pewne pojęcia, rozpoznać prawdziwe potrzeby i uczucia. Książka na pewno spodoba się czytelnikom lubiącym tropić zagadki kryminalne, jak również miłośnikom prozy psychologicznej. 

czwartek, 23 maja 2013

"Kamienica przy Kruczej" - Maria Ulatowska



Tytułowa kamienica przy ul. Kruczej 46 to miejsce-symbol wspólnego trwania w piekle wojny, a także  symbol braterstwa mieszkańców, których łączy poczucie przynależności do wspólnoty. Ta niezwykła więź sprawdziła się w czasach próby, które nierzadko wymuszały na warszawiakach podejmowanie ryzykownych działań, mogących się skończyć tragicznie. Czego jednak nie robi się dla bliskich osób…
W galerii postaci książki znajdziemy zwyczajnych ludzi, którzy w obliczu zagrożenia okazali się jednostkami nieprzeciętnymi. Łączy ich chęć walki o życie swoje i innych mieszkańców stolicy. Administrator budynku, członek AK, aktywnie działa na rzecz ratowania Żydów – sporządza fałszywe dokumenty, nielegalnie melduje ludzi w mieszkaniu folksdojcza Jana Kowala. Jego syn Piotr cudem unika wywozu na przymusowe roboty do Niemiec, a potem walczy w powstaniu warszawskim pod pseudonimem Chaber. Powodzenie ucieczki z transportu zawdzięcza dozorcy sąsiedniego domu, mieszczącego się przy ul. Kruczej 47. Niezastąpiony pan Józiek jeszcze nieraz pomoże sąsiadom, będzie między innymi próbował ratować polsko-żydowskie małżeństw – Magdalenę i Szymona Kornblumów. Ci ostatni podejmą najważniejszą i najtrudniejszą decyzję w swoim życiu – aby ratować życie swojej córki, oddadzą ją dobrym ludziom, którzy pomogą ukryć jej żydowskie pochodzenie. Maria Parzyńska, która przed swoimi drzwiami znajdzie niezwykłe zawiniątko, powierzy je małżeństwu Ostanieckim od dawna bezskutecznie starającym się o potomka. Chyba tylko im wojna spełniła największe marzenie. Mecenasostwo Malczewscy przyjmują pod swój dach kolejnych ludzi, którym wojna zabrała domy. Nowymi mieszkańcami kamienicy stali się więc Wiesia Wołyńska z maleńką Anusią Towiańską, jak również Helena, żona poległego w walce syna Malczewskich, wraz z czteroletnim synem Bogusiem.
Koszmar wojny się kończy. Do normalności próbują wrócić przebywający na robotach przymusowych Piotr Towiański i Elżbieta Jaskólska, którzy, spotykając się przypadkiem na dworcu w Salzburgu, udają się we wspólną podróż, by odreagować koszmar wojny. Los chciał, by wkrótce wzięli ślub, a Piotr stał się ojcem dla syna Elżbiety, Pawła. Po wojnie dorasta przybrana córka Weroniki i Alfreda Ostanieckich. Dziewczyna podejmuje studia medyczne i pracuje w szpitalu jako lekarz ortopeda. Małżeństwo z Ludwikiem Bukowskim, zawarte raczej z rozsądku niż z miłości, od początku skazane na niepowodzenie, staje się dla Tosi ciężarem, zwłaszcza że młodych różnią poglądy polityczne. Ludwik wychowany w duchu socjalizmu, święcie wierzył w idee głoszone przez system. Kryzys w związku przechodził także Piotr, którego żona po operacji usunięcia narządów rodnych, przestała się interesować życiem seksualnym w ich małżeństwie. Pierwsza zdrada, której na wakacjach dopuścił się Piotr, pozbawiła go skrupułów, dlatego tak chętnie oddał się romansowi z młodą panią doktor. Spotkania i wspólne wyjazdy do Zakopanego zaowocowały poczęciem córki, jednakże przed jej urodzeniem kochanków poróżniły poglądy Piotra, członka PZPR. Tosia postanowiła rozwieźć się mężem i sama wychować nieślubne dziecko – małą Amelkę. Tymczasem do Marii Parzyńskiej zaczynają przychodzić listy ze Stanów od tajemniczej Maddy Raven. Czy kobieta o zagadkowym nazwisku ma coś wspólnego z Kruczą 46? O tym Maria dowie się się znacznie później, gdyż teraz odbieranie listów zza oceanu może być niebezpieczne.

Mieszkańcy Kruczej od dawna mieszkają już w nowych blokach. Po wyburzeniu kamienicy, otrzymali przydziały na mieszkania na Bielanach. Romans Tosi i Piotra miał jednak ciąg dalszy, a zakończył się ślubem i poczęciem drugiego dziecka Bartka. Piotr dokonuje rozliczeń swojego życia i zapisuje się do „Solidarności”. Przełomowy dla Polski rok 1989 stał się także ważnym momentem w życiu Tosi…
Książka jest doskonałą powtórką z lekcji historii, lekcją pełniejszą, bo wzbogaconą o biografie konkretnych ludzi żyjących w opisywanych czasach. Prześladowania Żydów, pierwsze naloty bombowe, ciężkie codzienne życie, walki powstańców i dramatyczna wywózka pokonanych do obozów pracy – to wszystko opowiedziane z perspektywy mieszkańców staje się cennym uzupełnieniem wiedzy o tamtych czasach. Kamienica … przypomina nie tylko okrutne czasy wojny, ale także najważniejsze momenty dziejowe historii współczesnej – werbowanie w szeregi partii, uleganie polityce propagandy, brutalnie tłumione przez władze strajki, ruch oporu, rodzenie się „Solidarności”. Książka stanowi ciekawy przekrój przez historię XX wieku.
Kamienica… opowieść o okrutnych czasach, które zniszczyły życie warszawiaków i zmuszały ich do dramatycznych wyborów. Czasy te, tak dalekie od normalności, wywracały do góry nogami wszystko, czym ci ludzi żyli do tej pory, pozbawiały złudzeń, nadziei, odbierały bliskich. Ale nie dla wszystkich były aż tak okrutne. Niektórym, jak chociażby państwu Ostanieckim, spełniło się największe marzenie życia o posiadaniu potomstwa. Przewrotność losu bywa zadziwiająca. Piekło wojny nie zwalniało mieszkańców Kruczej od obowiązku walki o życie i zachowania chociażby pozorów normalności. Dopóki było to możliwe, działały sklepy, rodziły się dzieci, ludzie chodzili do pracy, a codzienne życie umilały ukochane psy: Effi i Brylek. W ciągu kolejnych lat wojny mieszkańcy się wykruszali. Prześladowania Żydów, uliczne łapanki, spadające bomby, roboty przymusowe i różne formy inwigilacji znacznie uszczupliły liczbę lokatorów Kruczej 46. Niemalże każda z rodzin straciła przynajmniej jedną bliską osobę, jedynie dom przetrwał w prawie nienaruszonym stanie. Kamienica oparła się wojnie, jednakże nie oparła się nowemu porządkowi urbanistycznemu miasta. We wspomnieniach ocalałych mieszkańców pozostała jednak na zawsze. Do niej po latach będą wracać i wspominać dni swojej młodości.

czwartek, 2 maja 2013

"Powrót do Poziomki" - Katarzyna Michalak



Powieść w ciepły i zarazem zabawny sposób opisująca zawikłane losy młodej kobiety Ewy. Mieszkająca w swoim skromnym, ale jakże uroczym domu, otoczona przepiękną przyrodą mama małej Julki nie może oddać się beztroskiej kontemplacji swojego ukochanego miejsca na ziemi. Jej życie bowiem wcale beztroskie nie jest. To, że skryła się przed zgiełkiem Warszawy w cichym zakątku, nie uchroniło jej przed licznymi kłopotami, których zresztą sporą część sama prowokuje. Roztrzepana kobieta nie przypomina  statecznej trzydziestolatki, jej zwariowane pomysły i zdolność do komplikowania sobie życia bardziej pasują do zakręconej nastolatki. Los sprawi jednak, że pewna nieplanowana podróż pozwoli jej dojrzeć i z dystansem spojrzeć na swoje dotychczasowe życie i znaleźć nowy cel.

Książka dostarcza czytelniczkom sporo zabawy, wzruszeń i zaskoczenia. Bywa, że małżeństwo i macierzyństwo wprowadzają, jak w przypadku Ewy, spory zamęt w życiu kobiety.  Stabilizacja życiowa nie pozwala zapomnieć o dawnej miłości, zwłaszcza gdy ta miłość jest przy niej na każde niemalże zawołanie, wyrzuty sumienia nie chronią przed robieniem głupstw, a prawdziwa przyjaźń nie zawsze gwarantuje lojalności. Nawet idealna niania skrywa pewne tajemnice, a „Ta Michalak” chyba naprawdę wróży z magicznej kuli, bo skąd wie, kiedy się zjawić i namieszać?

Powrót do Poziomki to nie tylko zabawna historia roztargnionej i mającej wrodzoną zdolność komplikowania sobie życia kobiety. To także powieść o marzeniach, o zawodowym spełnieniu, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich i o tym, że macierzyństwo nie zamyka kobiecie drogi do realizacji swoich celów i marzeń. Odrobina dobrej woli i czasem konieczność sprawią, że znajdzie się czas na pracę, na macierzyństwo i szczyptę życiowego szaleństwa. Współczesna matka, jak pokazuje przykład Ewy, nie musi być zgnuśniałą, zamkniętą w czterech ścianach kobietą. Tylko od niej samej zależy, czy będzie się też realizować w innych dziedzinach życia.

Ważnym przesłaniem książki jest apoteoza domu jako przystani, w której można znaleźć ukojenie po burzliwych zawirowaniach. Dom, do którego wraca się z utęsknieniem nawet z najbardziej cudownych wakacji, zawsze pozostaje tym najcudowniejszym miejscem na ziemi. 


Bardzo dużą zaletą książki jest lekki i przyjemny w odbiorze styl pisarki. Kolejne strony przewraca się z zaskakującą szybkością i ciężko się od nich oderwać. Małym minusem powieści jest może nieco przesadzone wykreowanie głównej bohaterki na roztrzepaną i bezbronną kobiecinę, którą ciągle musi ratować płeć męska. Momentami zachowanie Ewy i jej gadanie od rzeczy było dla mnie zbyt irytujące, jednak ogólne wrażenie po przeczytaniu książki - pozytywne. Powieść jest  zdecydowanie godna polecenia wszystkim miłośnikom literatury kobiecej.

sobota, 20 kwietnia 2013

"Studnia bez dnia" - Katarzyna Enerlich




Dzień, w którym Marcelina podsłuchała schadzkę męża z kochanką, miał całkowicie odmienić jej życie. Odmienił, ale nie tak, jak byśmy się tego spodziewali. Nie było kłótni, wyrzutów, rozstania ani słodkiej zemsty, gdyż to los sam wymierzył karę Januszowi. Mężczyźnie nie udało się dotrzeć do domu, by uporządkować swoje życie. Nieprzytomny zmarł w szpitalu, w którym na przemian czuwały przy nim dwie kobiety – Marcelina i Natalia Anna. Ale to nie koniec przewrotnego losu - obie kobiety, jakby na złość Januszowi, połączyła niezwykła przyjaźń.
Marcelina dość szybko doszła do siebie po śmierci męża, wyzbyła się nienawiści, zobojętniała na zdradę, która ją dotknęła, gdyż przecież „(…) w obliczu śmierci pokornieją nie tylko ciała, ale i myśli. Nienawiść topnieje, staje się wygładzona i śliska. Łatwo jej wówczas wysunąć się z ludzkich rąk[1]”. Kobieta całkowicie zerwała ze wspomnieniami, nowe życie rozpoczęła od przeprowadzki do mieszkania w centrum miasta i pracy w budce oferującej pamiątki z Torunia. Wśród gipsowych piesków, żabek i flisaków spędzała letnie dni, obserwując grupy turystów. Z ciekawością słuchała opowieści przewodniczki Anny, która, jak się okazało, była jej sąsiadką i niebawem miała odegrać dużą rolę w jej nowym życiu. Los zatroszczył się o to, żeby kobieta nie miała czasu na rozmyślania. Ciągle dostawała nowe zajęcia: znajomy antykwariusz Wojtek podsyłał jej kolejne meble i obrazy do renowacji, a właściciel sklepiku z pamiątkami, toruński rzeźbiarz Tadeusz Zawiejski, zaoferował jej dodatkową pracę w swojej pracowni. Nie każda kobieta zdecydowałaby się na samotne przebywanie w wieczornych godzinach w nieco zapuszczonej pracowni rzeźbiarskiej, w której już wcześniej działy się dziwne rzeczy. Perspektywa samotnych wieczorów nie była jednak kusząca. Praca pozwalała zapomnieć o przeszłości, zdystansować się, a poza tym tylko dzięki niej mogła sobie pozwolić na wynajem mieszkania na Starym Mieście.
Ulica Podmurna, w której mieściła się pracownia, skrywała w sobie z pewnością sporo tajemnic, Marcelina nie mogła jednak przypuszczać, że zasłyszana z ust Anny legenda o dawnym kupcu Martinusie i jego drogocennym pierścieniu będzie miała związek z miejscem jej pracy i bezpośrednio dotknie ją samą. Czyżby gasnące światło, zapach ogórków i dziwna atmosfera w pracowni była sprawką ducha legendarnego kupca, który setki lat temu zamówił dla swojej kochanki niezwykły pierścień z rubinem z Gór Izerskich? Co kryje zapomniana średniowieczna studnia, do której wpadło zabytkowe dłuto Tadeusza? I czy klątwa grobów to tylko legenda?
Oryginalny pomysł na fabułę, a do tego sugestywne oddanie atmosfery toruńskich kamieniczek na Starym Mieście czynią z książki ciekawą propozycję dla czytelnika. Pełna spokoju, ale jednocześnie obfitująca w zaskakujące wydarzenia lektura dostarcza różnorodnych przeżyć. Z łatwością można się utożsamić z główną bohaterką, której zazdrościmy odwagi, silnego charakteru, zaradności życiowej i wspaniałomyślności. Podczas lektury miałam wrażenie, że razem z bohaterką przemierzam wąskie uliczki, oglądam historyczne zabudowania, słyszę gwar turystów kupujących pamiątki, miałam też ochotę dołączyć do jednej z grup zwiedzających, aby z ust przewodniczki Anny usłyszeć więcej ciekawych opowieści i legend o Toruniu.





[1] K. Enerlich, Studnia bez dnia, s. 219.

sobota, 30 marca 2013

"Kobiety z Czerwonych Bagien" - Grażyna Jeromin-Gałuszka



Czerwone Bagna to miejsce szczególne. Zamieszkują je kobiety zwane przez niektórych wiedźmami. Dlaczego? Otóż skłonność do wygadywania niestworzonych historii, wrodzony upór i bijatyki z synami sąsiadów zrobiły swoje, a poza tym na pewno wielu zastanawiał fakt, że w ich domu mężczyźni nigdy nie zagrzali miejsca. Czyżby jego mieszkanki rzucały na nich urok, czy może jednak nieszczęśliwy zbieg wypadków kazał im odchodzić, czasem wprost do wieczności?

Mimo braku męskiego ramienia kobiety Czerwonych Bagien radzą sobie w każdych warunkach: w czasie wojny, by nie zginąć z głodu, uprawiają ziemię; po wojnie jedna z nich przemierza na rowerze z maleńkim dzieckiem kilkanaście kilometrów dziennie, by zarobić parę groszy w bibliotece; inne wypłoszą intruzów, udając wariatki, a poza tym w piwnicy schowany jest na wszelki wypadek karabin maszynowy, który jeszcze w czasie wojny przyniosła spod lasu Amelia.

W życiu mieszkanek legendarnego domu główną rolę grają wielkie namiętności. Założycielka klanu, wdowa Julianna, nie oprze się wielkiej miłości do żonatego dziedzica, będzie dla niego wietrzyć dom i krochmalić serwetki, by godnie przyjąć pana z wyższych sfer. „Oblubieniec” Rozalii dosłownie spadnie jej z nieba, a jego wyczyn powtórzy wiele lat później Oskar, wielka miłość Mimi. Pasja krawiecka Gabrieli zaprowadzi ją wprost do stoiska z dżinsami, za którym czekał będzie na nią jej przyszły mąż. Jej córka natomiast nieświadomie wpadnie w ramiona znienawidzonego w dzieciństwie Parszywego Ogryzka.

Takich historii, w których przypadek grał główną rolę, było znacznie więcej, dzieją się też obecnie. Jak w takim razie kobiety radzą sobie z tak poplątanym życiem? Ich bronią jest przekazywany z pokolenia na pokolenie silny charakter, który pozwolił im przetrwać najgorsze. Dziewczyny umiały znaleźć złoty środek i dzięki temu ze spokojem przyjmowały dobro i zło. Stworzyły też w swoim domu, który widział różne cuda, niezwykle ciepłe miejsce. Kornelia, która parę lat wcześniej postanowiła odciąć się od Czerwonych Bagien, wróciła do nich, by leczyć rany. Początkowo dziewczyna zarzucała matce, ciotkom i prababce bagatelizowanie wszystkiego i niepoważne traktowanie istotnych spraw, wkrótce jednak przekonała się, że jej krewne w inny niż ona sposób przeżywają swój ból. Dla nich lekiem na zło był dystans do świata i kojący śmiech przez łzy.

Czerwone Bagna to przestrzeń mityczna, która, mimo że nie oferuje swoim mieszkańcom sielskiego życia, zasługuje na miano arkadii. Jest to miejsce, w którym żyje się intensywnie, czerpiąc z życia garściami, podziwiając przyrodę, chłonąc energię kosmosu i postępując zgodnie z tym, co dyktuje serce. Zapewniam, że Bagna mają niezwykłą moc – wciągają, jak niegdyś wciągnęły parę kochanków, a po latach karetę z żoną i kochanką dziedzica. Myślę, że warto tę arkadię odwiedzić, a jej reklamą niech będzie fragment:
„W tym miejscu rzeczy możliwe dzieją się na przemian z niemożliwymi, tak że czasem nie wiadomo, czy coś zdarzyło się naprawdę, czy tylko komuś się wymyśliło albo wyśniło. Niesamowite, piękne, cudowne, a czasem zupełnie niedorzeczne miejsce. I tacy sami są tam ludzie, a konkretnie kobiety. Anioły o pięknych duszach, chociaż ze skłonnościami do diabelskich zachowań, do szaleństw, od prawie stu lat, prawie jak ta pierwsza, dozgonnie wierne jednej miłości.” 

środa, 27 marca 2013

"Kobieca intuicja" - Dominika Stec



Dawno nie czytałam czegoś tak okropnego. Miałam ochotę na lekką i przyjemną lekturę i na nieszczęście wpadła mi w ręce właśnie „Kobieca intuicja”. Wiedziałam, że jest ona rodzajem czytadełka, więc niczego ambitniejszego w niej nie szukałam, ale to, co zastałam w środku, przekroczyło wszelkie granice dobrego smaku. Rozumiem, że książka miała być lekką, pełną humoru historyjką, jednak oparcie całej fabuły na rzekomo śmiesznych zdarzeniach jest, według mnie, żenującym zabiegiem. Gdyby one rzeczywiście były zabawne, byłoby super, ale niestety przypominają one jakiś zupełnie nieudany skecz kabaretowy. Totalnie głupawe zachowanie głównej bohaterki bardzo się gryzie z jej rzekomym polonistycznym wykształceniem. I nie przekonuje mnie myśl, że do takich poczynań skłoniła bohaterkę wielka miłość. Przecież ta kobieta nie ma piętnastu lat, a poza tym podobno ukończyła studia wyższe i uczy w szkole, a to chyba obliguje do trzymania jakiegoś poziomu.

Ale przejdźmy do rzeczy. Po tajemniczym zniknięciu ukochanego główna bohaterka Dominika wędruje szlakiem byłych kobiet swojego Pedra. Podstępem udaje się do gabinetu dentystycznego jego byłej żony i żąda informacji od Bogu ducha winnej kobiety o miejscu pobytu jej byłego. Gdy nie osiąga celu, wyjmuje „broń wielkiego kalibru”, mianowicie wiertło dentystyczne, z pomocą którego zamierza zniszczyć bardzo drogie futro pani stomatolog. Ale na tym nie koniec, w rozmowie z tą kobietą bohaterka po prostu przechodzi samą siebie. Dominika umawia się z panią doktor na wizytę, ale na fotelu wyznaje, że właściwie zęby ma zdrowe, a powód je obecności w gabinecie jest inny. Przychodzi mianowicie z bólem serca po śmierci siostry, która właśnie zmarła, dlatego też musi koniecznie odnaleźć jej kochanka, którym był były mąż dentystki. Sprawa jest ważna, gdyż dotyczy ostatniej woli zmarłej, która zażyczyła sobie od swojego lubego określonych modlitw nad swoim grobem. Dawno nie czytałam czegoś tak żałosnego. Momentami miałam wrażenie, że słucham rozmów wyjątkowo głupiutkich dorastających nastolatek, a nie dorosłych kobiet. Myślę, że nawet nastolatki mają jednak więcej oleju w głowie i nie zniżyłyby się do takiego poziomu. Żałosne są także sceny pościgu tajemniczej Żyrafy, jak również obezwładnienie napastnika za pomocą pilnika do paznokci. Wszystkich tych czynności dokonuje główna bohaterka w towarzystwie najlepszej przyjaciółki Gośki. Gdy ta doznaje uszczerbku na zdrowiu, dalsze poszukiwania Dominika musi prowadzić już sama. Trafia do przedszkola, gdzie w nieudolny sposób udaje pracownicę urzędu miejskiego przysłaną właśnie do pani przedszkolanki Agnieszki Rudzkiej w sprawie ”polepszenia warunków bytu wychowawczyń przedszkolnych”. Oczywiście wychowawczyni nie zauważa nieudolnej gry aktorskiej przybyłej kobiety i  wierzy, że została losowo wybrana spośród wielu innych koleżanek po fachu, a w parę minut daje się naciągnąć na osobiste zwierzenia, których tematem jest, jakżeby inaczej, tajemniczy Pedro. Przy okazji wspomina nazwisko innej kobiety skrzywdzonej przez niego i zupełnie nie orientuje się, że jej rozmówczyni podstępnie podłapała nowy wątek w sprawie i udaje znajomą tejże kobiety. Tym sposobem obie znajdują się u Iwonki Solskiej, która również okazuje się osobą bardzo „błyskotliwą” i daje sobie wmówić, że w czasach młodzieńczych były razem z Dominiką na kolonii.

Próżno szukać końca podobnie żałosnych scen. Fabuła dopiero się rozkręca, by pokazać kolejne żenujące postacie i zdarzenia. Jest więc cierpiący na zanik pamięci dziadek, który chce „mataczyć” zająca, są skaczące po domu fajerwerki, jest Zenuś, który miał ocaleć, ale skończył na patelni, jest świąteczne poszukiwanie żywego karpia u byłych mężczyzn Dominiki, są malowane pisanki na wigilię, wreszcie groteskowy sylwester w starym dworku z Białą Damą i Sarmatą, który okazał się lesbijką.

Tajemnica Pedra się wyjaśnia, ale rodzi się pytanie, czy trzeba było skonstruować tak żałosną szopkę z tak mało inteligentnymi bohaterkami w roli głównej, żeby opowiedzieć ciekawą historię pewnej miłości? Wiem, że książka z założenia miała być lekką opowieścią, jednak autorka chyba trochę się zagalopowała, bo książka wcale śmieszna nie jest. Ciągle coś tu zgrzyta, ciągle dzieją się tak żałosne sceny, że aż momentami było mi wstyd, że czytam taką książkę, bo nawet od tego typu powieści zawsze wymagam jakiegoś poziomu. „Kobieca intuicja” to kpina z czytelnika, niestety. Dotrwałam do końca tylko dlatego, że z zasady zawsze kończę to, co zaczynam czytać. Czasami jednak warto się oprzeć pokusie przeczytania czegoś lekkiego.

środa, 20 marca 2013

"Czerwony rower" - Antonina Kozłowska


Podróż do czasów młodości, pierwszych przyjaźni, miłości, przygód, muzycznych fascynacji. Historia czterech dziewczyn została opowiedziana z dwóch perspektyw: z perspektywy nastolatek i dojrzałych już kobiet, które na nowo interpretują pewne fakty i wydarzenia sprzed dwudziestu lat. Po latach pozornie niewinne i beztroskie chwile wyglądają już inaczej, a na pewno nie można o nich powiedzieć, że były najlepszym okresem życia, zwłaszcza kiedy powraca nierozwiązana sprawa sprzed lat, która na nowo obciąża sumienie.

W latach osiemdziesiątych Leśne, niegdyś podwarszawska wioska, teraz peryferyjna część stolicy, zachowało swój prowincjonalny charakter. To w nim dojrzewała grupa szkolnych koleżanek na czele z piękną i przebojową Beatą, która bez skrępowania wprowadzała resztę w świat dorosłych. Pozostałe przyjaciółki zawsze pozostawały w tyle, zawsze jej zazdrościły urody, figury, powodzenia u płci przeciwnej, pewności siebie. Nie wiedziały, że niezależność i swoboda obyczajowa koleżanki jest tylko przykrywką zasłaniającą prawdziwe kompleksy dziewczyny, która wychowuje się bez ojca, z matką alkoholiczką, ze świadomością, że pojawiła się na świecie jako zbędny balast i miała zostać usunięta jeszcze w łonie matki.

Pozostałe dziewczyny z grupy mogą Beacie tylko zazdrościć. Pyzata Karolina z króliczymi zębami, otyła Gośka i wyjątkowo brzydka, przesadnie chuda Aneta wiedzą, że nie mogą dorównać koleżance, ale przyjaźnią się z nią, bo w jakimś sensie ona ich fascynuje, jest urzeczywistnieniem ich marzeń, a przy tym dzięki niej mogą się zbliżyć do męskiego grona, które zawsze kręci się wokół tej najpiękniejszej.

Po latach w Leśnym pozostała jedna z koleżanek, Gośka, która na wzór swojej matki stworzyła pełen miłości i ciepła dom dla swojego męża i dzieci. Beata mieszka w luksusowej rezydencji pod Warszawą, wychowuje swojego długo wyczekiwanego syna i, jako żona biznesmena, pławi się w luksusach. Karolina, której w czasach PRL-u nigdy niczego nie brakowało dzięki ojcu, kapitanowi MO, dziś jest dziennikarką, chociaż to określenie jest zbyt szumne wobec problematyki, którą porusza w kolorowych pisemkach. To do niej zwraca się duch z przeszłości – siostra zmarłej Anety, która po latach żąda rozliczenia się w artykule z wypadku mającego miejsce przed laty. Kobieta obarcza winą za samobójstwo siostry właśnie jej koleżanki, domaga się więc wyjaśnień. Karolina postanawia powrócić do Leśnego i dowiedzieć się prawdy o tym, o czym przez lata chciała z przyjaciółkami zapomnieć. Żmudne poszukiwania, studiowanie zapisków w pamiętniku Anety, poszukiwanie szkolnego kolegi, w którym kochały się absolutnie wszystkie dziewczyny ze szkoły, nie przybliżają jej do prawdy. Przełom następuje w dniu urodzin Gośki, której opowieść rzuca nowe światło na sprawę i pozwala w jakimś stopniu uspokoić sumienie, które jednak nigdy nie będzie do końca czyste. Tajemnica zostaje wyjaśniona, tylko czy jej poznanie oczyści pamięć ze złych wspomnień? Wydaje się, że nie. Karolina przyzna sama przed sobą, że lata dorastania, mimo że kojarzące się z beztroską, są bardzo trudnym czasem, z którym niejeden nastolatek nie umie sobie poradzić. Co zrobić, by jej córka, która obecnie wkroczyła w ten trudny wiek buntu, nie zmarnowała sobie życia? Jak dotrzeć do dziecka, któremu wydaje się, że jest już dorosłe?

Leśne obecnie nie przypomina miejsca, w którym wychowywały się dziewczyny. Nie ma już sklepiku, w którym po szkole kupowało się lody, jest za to McDonald’s, domy zostały odnowione, a stare zburzone, na polu po pegeerze powstało nowoczesne osiedle, autobus podmiejski zamieniono na warszawski pośpieszny, zbudowano kładkę nad dwupasmową szosą, dom Gośki nie przypomina dawnego, pokój Kamila stoi pusty. Pozostały jedynie wspomnienia.

Książka jest pełną ciepła opowieścią o trudnych czasach dorastania w latach 80. Ukazuje skomplikowane relacje między szkolnymi przyjaciółkami, między nimi i ich chłopakami, pokazuje trudną drogę dojrzewania naznaczoną wieloma małymi dramatami i upokorzeniami. Powieść opisuje nieudolną próbę wyrażenia siebie przez dorastających ludzi, opisuje poszukiwania, którym zawsze towarzyszą wzloty i upadki. Dotyka także trudnego tematu odmienności w społeczeństwie nietolerującym żadnych wypaczeń natury psychicznej, moralnej czy seksualnej. Książka przystępnie napisana i ciekawa, zdecydowanie godna polecenia. 

czwartek, 7 marca 2013

"Włoskie szpilki" - Magdalena Tulli





Rewelacyjna powieść, która z przenikliwością ukazuje, w jaki sposób historia i sytuacja społeczno-polityczna państwa może wpłynąć na więzy międzyludzkie i osobowość człowieka. Wojna, która deformuje ludzkie charaktery i rzeczywistość powojenna, która nie ułatwia powrotu do normalności – oto, z czym zmierzyli się bohaterowie książki. Autorka zrezygnowała z linearnego układu powieści na rzecz luźno powiązanych ze sobą scen, które rozgrywają się w różnym czasie i różnej przestrzeni. Z tych fragmentów czytelnik tworzy historię dwóch rodzin polskiej i włoskiej, które połączone zostały za sprawą małżeństwa głównej bohaterki, byłej więźniarki Oświęcimia, z przystojnym obcokrajowcem.

Tuż po wojnie władza Polski Ludowej za wszelką cenę kazała wrócić swoim obywatelom do normalności: „W tym czasie w kraju rozbierano stare, wypalone dekoracje i pospiesznie ustawiano nowe, do złudzenia przypominające domy, mosty i fabryki. Iluzja realności była nieodparta. Żyło się wśród nich dość spokojnie, zwłaszcza w porównaniu z zamętem, który dopiero co przeminął. Ale nie miały odpowiedniego ciężaru właściwego. Ważyły tyle, co tektura.”. Skoro więc wszystko wróciło do normalności i dążyło do zapewnienia obywatelom dobrobytu, należało też założyć rodzinę, urodzić dziecko.

Wszystko układało się pomyślnie. Kobieta wyszła za mąż i urodziła dziecko, które miało ją utwierdzić w przekonaniu, że wszystko wróciło do normy. Jakież był zaskoczenie, gdy po paru latach to samo dziecko, które było kobiecie potrzebne do celów konspiracji, zaczęło ją dekonspirować. Zresztą stało się niewygodne już w okresie niemowlęcym, gdy nie zachowywało się tak, jak powinno. Miało jeść i spać, ale niestety wrzeszczało po nocach i nieustannie się moczyło. Cóż za zawód! Kobieta miała przecież swoje życie, pracę, uniwersytet, musiała więc udawać, że nie słyszy krzyków, otwierała okno, zamykała drzwi i szła do siebie. Ideę wychowania bez rozpieszczania i hartowania w chłodzie wyznawał także jej mąż, nic więc dziwnego, że po latach dziewczynka miała problemy w nauce, bała się odezwać i była nieustannie poniżana. W dodatku to jej nazwisko odziedziczone po ojcu zza żelaznej kurtyny wzbudzało tylko niechęć otoczenia. Nic więc dziwnego, że któregoś dnia w szkole usłyszała od kolegi: „Cała wasza rodzina jest do spalenia”.

Książka we wzruszający sposób opisuje zmagania dziewczynki, która nie radzi sobie ze swoim życiem, notorycznie się spóźnia na do szkoły, ma problemy z pisaniem i czytaniem, gubi klucze, przez co godzinami marznie na klatce, czekając na rodziców. Niestety, rodzice nie są zdolni do szczerej rozmowy z dzieckiem, punktualnie o 21.15 w pokoju dziewczynki ma zgasnąć światło, bo oni chcą mieć w końcu trochę świętego spokoju. Może gdyby podeszli do niej którejś nocy, przekonaliby się, że dziecko cierpi na bezsenność i dlatego tak marnie funkcjonuje w ciągu dnia.

Matka dziewczynki jest dziś staruszką cierpiącą na chorobę Alzheimera. Opiekuje się nią dorosła już córka, której kobieta jednak nie poznaje. W chorobie powraca do coraz odleglejszych miejsc i dat w swoim życiorysie. Dzięki tym reminiscencjom córka ma w końcu okazję poznać szczegóły z młodzieńczego życia matki i jej rodziny. Dlaczego dopiero teraz? Matka nigdy nie znalazła czasu na szczerą rozmowę z córką, zresztą powojenna rzeczywistość kazała wykasować z pamięci bolesne wspomnienia i budować nową, lepszą przyszłość. Być może teraz córka zrozumie, dlaczego nie zaznała w dzieciństwie miłości. Świat matki runął w czasie wojny, a jej bliscy zniknęli w oświęcimskim kominie. Czy po takich przejściach jej matka mogła normalnie żyć? Na stare lata kobieta przypomniała sobie, że ma dziecko i gorączkowo szuka w pamięci informacji o nim, koniecznie chce je odnaleźć. Czyżby na stare lata odezwały się w niej wyrzuty sumienia?

"Włoskie szpilki" to niezwykle wzruszająca powieść składająca się z siedmiu powiązanych z sobą opowiadań. Jest przejmującą historią opowiedzianą prostym językiem, pozbawionym zbytniego patosu. Pewnie dzięki temu tak głęboko trafia od czytelnika. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Sklepik z niespodzianką. Adela" - Katarzyna Michalak



Niezwykle ciepła opowieść o mieszkańcach prowincjonalnego miasteczka, które skrywa wiele tajemnic i ludzkich dramatów. Życie tutaj tylko pozornie płynie spokojnie - wystarczy zagłębić się w zaśnieżone uliczki i zajrzeć do ciepłych, przytulnych kątów, by przekonać się, że Pogodna nie rozpieszcza swoich mieszkańców. To miejsce wielu często bolesnych wspomnień, a także brutalnej rzeczywistości, która zabija radość życia.  Na szczęście są ludzie, którym nie jest obojętny los osób mieszkających obok nich. Jest także pachnąca kawiarenka, w której zawsze można ukoić skołatane nerwy aromatyczną kawą czy przepysznym ptysiem.

Pogodna ma w sobie coś, co nie pozwala jej mieszkańcom od siebie uciec. To miejsce pierwszych miłości, marzeń o lepszym jutrze, to także przestrzeń, w której można realizować swoje pasje.

"Można iść nad morze, połazić pustą plażą, oddać się na pastwę marcowego wiatru, który wywiewa z głowy wszelkie głupie myśli. (...) A jeśli wiatru ma się dosyć, są jeszcze lasy otaczające Pogodną."
W tej niezwykłej przestrzeni toczy się opowieść przyjaźni, miłości, trudach życia, poszukiwaniu własnej tożsamości i prawa do szczęścia. Akcja powieści skupia się na tytułowej bohaterce. To ona w obecności trzech przyjaciółek dokonuje bilansu życia. Jej wspomnienia z czasów dzieciństwa i młodości pozwalają czytelnikowi zrozumieć motywy, którymi kieruje się w życiu. Luksusowe mieszkanie, drogie ubrania, jaguar to próba zrekompensowania sobie dawnych niepowodzeń i trudów życia. Czy komuś uda się odkryć w tej twardej i dumnej kobiecie jej prawdziwe oblicze?

Pomocną dłoń w trudnym okresie życia Adeli okażą jej przyjaciółki, choć same będą przeżywać trudny czas: Basia - z powodu problemów miłosnych i zawodowych, Lidka - problemów małżeńskich. W dodatku na horyzoncie pojawią się kolejne osoby, które nie radzą sobie z życiem: ciężarna Konstancja i jej niedoszła teściowa, która z powodu choroby może liczyć tylko na pomoc dobrych ludzi. Jednak to nie koniec problemów i konfliktów: pojawi się też tajemnicza zaginiona Anna, która sporo namiesza w życiu mieszkańców Pogodnej.

Powieść czyta się jednym tchem. To niezwykle ciekawa historia, w której trudne tematy zostały przedstawione z wyczuciem. Książka emanuje pozytywną energią, ukazuje piękno życia, które w każdych okolicznościach oferuje nam coś dobrego.