wtorek, 5 maja 2015

Joanna Bator - "Ciemno, prawie noc"



        Ciemno, prawie noc to genialnie skonstruowana, niezwykle ciekawa i zaskakująca powieść o tajemnicach przeszłości, o zagrożeniach współczesności, o biedzie, beznadziei i o zwyrodnialcach, którzy przestają być już być anonimowymi postaciami z dzienników telewizyjnych, ale żyją wśród nas.
        Akcja powieści rozgrywa się w Wałbrzychu, do którego po 15 latach wraca Alicja, by zbadać sprawę zniknięcia trojga dzieci. Reporterka z sentymentem ogląda rodzinne miasto i swój dom, by stwierdzić, że miejsca te chylą się ku upadkowi. Nie tylko wszechobecna bieda niszczy budynki i ulice Wałbrzycha, degradacja dotyka także umysłów mieszkańców, którzy żyjąc z dnia na dzień bez żadnych celów i ambicji, stali się podatni na manipulację sprytniejszych od siebie. 
        Stary, niszczejący, poniemiecki dom Alicji przypomina raczej budynek z horroru. Stoi jeszcze chyba tylko dlatego, że od czasu do czasu zagląda do niego sąsiad Albert. Wszystko w nim się sypie, próchnieje, skrzypi, śmierdzi stęchlizną, a do tego dzieją się w nim dziwne rzeczy. Ten dom to symbol współczesnego Wałbrzycha - miasta brzydkiego, ponurego, nieprzyjaznego, niebezpiecznego i tajemniczego.
        Dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginionych dzieci Alicja Tabor rozpoczyna od rozmów z ich opiekunami. Kobieta nie dowiaduje się niczego nowego, ale poznaje mentalność tych ludzi i dochodzi też do przykrego wniosku, że zaginione dzieci łączyła taka sama sytuacja rodzinna - żadne z nich nie było kochane. Zniknięcie Angeliki matka przyjęła z dziwnym spokojem, jedno dziecko mniej, gdy się ma ich sześcioro, to niewielka strata, zwłaszcza gdy klepie się biedę, a na wódkę i papierosy też trzeba mieć. Od Zofii Miłki Alicja dowiaduje się przykrej prawdy o sytuacji Patryka, którego matka wyjechała do Anglii, założyła nową rodzinę i niespecjalnie się przejęła jego zniknięciem. Dyrektor domu dziecka natomiast opowiada Alicji niewiarygodną historię rodziców Kalinki, którą z powodu pochodzenia wielu traktowało jak dziecko niższej kategorii.
          Śledztwo utknęło w miejscu, ale zaczęły się pojawiać duchy przeszłości związane z zamkiem Książ i ostatnią jego księżną, Daisy. Alicja wspomina swoją rodzinę: matkę, której nie pamięta, bo wcześnie zmarła, siostrę Ewę, która w młodzieńczych latach popełniła samobójstwo i ojca, który ogarnięty manią posiadania ukrytego w zamku skarbu całe dnie spędzał w podziemiach. Ponura przeszłość okazuje się bardziej skomplikowana, gdy kobieta poznaje historię życia pana Alberta. Ten przyznaje się, że zna prawdę o rodzinie Alicji i postanawia ją ujawnić. Opowieści pana Kukułki ukazują bezwzględność historii, która zdegradowała niejednego człowieka i do dziś ma wpływ na życie współczesnych. 
           Nie tylko opowieść sąsiada wywróciła życie Alicji do góry nogami. Ni stąd, ni zowąd pojawia się tajemnicza przesyłka z biblioteki zawierająca list od siostry, która opisuje swoją wersję wydarzeń, ale to nie koniec upiornej przeszłości, gdyż w życiu Alicji pojawia się kolejna postać, która przybywa z zaświatów, aby opowiedzieć swoją wersję wydarzeń.
          Niespodziewanie służbowy przyjazd Alicji do Wałbrzycha okazał się podróżą do nieznanej przeszłości, która pokazała jej, że to miasto w czasie wojny i tuż po niej przesiąknęło złem, które przez lata zdobywało nowe ofiary, a dziś rodzi się ze zdwojoną siłą, czyniąc z ludzi istoty bezmyślne i odarte z człowieczeństwa.
          Ciemno, prawie noc to powieść, która zadowoli wymagającego czytelnika. Błądzenie po labiryntach upadającego miasta, historii i ludzkich umysłów z pewnością będzie pasjonującą intelektualną przygodą. Książka zdecydowanie zasłużyła na Nagrodę Nike, którą otrzymała w 2013 roku.

środa, 18 marca 2015

"Lardżelka" - Wanda Szymanowska



         Bohaterką "Lardżelki", drugiej powieści Wandy Szymanowskiej, jest niezwykle sympatyczna młoda kobieta w rozmiarze XXL. Zofia jest wykształcona, ma dobrą pracę, narzeczonego i wydaje się jej, że wszystko w jej życiu jest takie, jak pownno. W tej słodkiej nieświadomości żyje do pewnego pamiętnego sylwestrowego wieczoru, kiedy słyszy z ust partnera niezwykle chamski komentarz na temat swojego wyglądu. Słowa mężczyzny sprawiają, że jej świat wywraca się do góry nogami. Chwilowe załamanie jednak mija i Zofia podejmuje decyzję o odchudzaniu, ale zupełnie nie wie, jak się za nie zabrać, bo z rodzinnego domu nie wyniosła żadnej wiedzy dotyczącej zdrowego żywienia. Postanawia zaryzykować i przeznacza niemałą sumę na pobyt w ośrodku dla grubasów "Lardżelka".
         Początki bywają bardzo ciężkie, ale w grupie raźniej. Poza tym za nic w świecie nie chciałaby już usłyszeć, że przypomina komuś wielką balię do prania. Zofia poznaje historie innych grubasów - ofiar współczesnego trybu życia, którzy albo wybrali wygodne stołowanie w barach szybkiej obsługi, albo wynieśli z domu miłość do tłustych i słodkich posiłków. Pobyt w "Lardżelce" się kończy, ale to dopiero początek trudnej drogi, obfitującej w kryzysy i zwątpienia. Dobrze, że może liczyć na wsparcie przyjaciółki Iwony.
         Autorka bardzo realistycznie przedstawiła zmiany, które zachodzą w ciele i umyśle osoby na diecie. Książka jest rodzajem pamiętnika, w którym główna bohaterka opisuje swoje wzloty i upadki, komentuje zachowanie niechętnego grubasom otoczenia, zwraca uwagę na wszelkie przejawy dyskryminacji osób z nadwagą, a wszytsko to z charakterystycznym dla siebie dystansem i humorem, dzięki czemu powieść mimo trudnej tematyki nabiera lekkości. Co ważne, książka odsłania pewną prawdę o ludziach otyłych, którzy pokornie znoszą wszelkie komentarze na swój temat, bo nie mają odwagi się odezwać, uważają, że sami są sobie wnni i zasłużyli na to, co ich spotyka. Dopiero pierwsze sukcesy w odchudzaniu dają im siłę do walki o normalne traktowanie ich przez otoczenie.
          "Lardżelka" to opowieść o trudnym zadaniu, z jakim zmierzamy się na co dzień, bo kto z nas nie walczy z własnymi słabościami, gdy ciągle kusi dostępne dosłownie wszędzie niezdrowe jedzenie? Kto z nas nie zamieniły ślęczenia przy garach i stosu naczyń do zmywania na szybki obiad na mieście? Powieść Wandy Szymanowskiej podpowie wiele rozwiązań dla chcących się zmierzyć z trudnym wyzwaniem, jakim jest zmiana nawyków żywieniowych. Poda kilka sposobów, by "tekturka o smaku chleba" lepiej smakowała, a myślenie o jedzeniu nie zasłaniało innych przyjemności życia.
         Książkę dobrze się czyta, a bohaterki nie da się nie lubić. Myślę, że powieść może zainspirować wiele kobiet do podjęcia wysiłku, by zmienić swój wygląd, a przy tym na nowo poukładać wszystko w swojej głowie, bo odchudzanie nie tylko spala tłuszcz, ale także kształtuje charakter i czyni z "potulnego cielęcia", pewną siebie, znającą swoją wartość osobę, która ma odwagę upomnieć się o szacunek i równe traktowanie.
         

piątek, 6 marca 2015

"Gnój" - Wojciech Kuczok



              Gnój to debiutancka powieść Wojciecha Kuczoka, która w 2004 roku została nagrodzona Nagrodą NIKE. Książka ma niezwykle pesymistyczny wydźwięk, opowiada, jak dom rodzinny może zamienić życie dziecka w koszmar. Zło, które się dzieje za zamkniętymi drzwiami, tłumaczone jest "porządnym wychowaniem", a oprawca uważa się za szlachetnego i wierzącego człowieka.
              O dzieciństwie pełnym cierpienia i poniżenia opowiada mężczyzna, który dziś ma już ponad 30 lat, ale piętno piekła rodzinnego w nim zostało.

I wszędzie tam, dokąd dotarłem, ciągnąłem za sobą cień tego domu, im dalej uciekałem, tym bardziej się naprężał, krępował mi ruchy, spowalniał kroki; w im bardziej świetliste miejsca trafiałem, tym bardziej mnie cień naznaczał (...) (s.212)

                  Rzecz dzieje się na Śląsku. Stary K. wraz z żoną i synem zajmuje drugie piętro rodzinnego domu, na pierwszym mieszkają jego siostra i brat, parter natomiast został sprzedany tuż po wojnie obcym ludziom, z czym nigdy właściciele się nie pogodzili. Rodzina uważała się za tę "z wyższych sfer" i nigdy nie zadawała się z "tymi z dołu". W pierwszym rozdziale powieści autor przedstawia sylwetki członków rodziny K., począwszy od dziadka Alfonsa, poprzez ojca starego K. i jego braci. Już przy lekturze tego wstępu można zauważyć, że cała ta śląska familia to nieco dziwni ludzie, drugi rozdział pokaże, że najgorszym wcieleniem tej "inności" jest stary K. - tyran, wielbiciel krótkiego trzymania żony i syna, niespełniony artysta mający duże mniemanie o sobie. To człowiek niezrównoważony psychicznie, który znienacka wyskakuje z pejczem, każe dziecku go wąchać, by potem spuścić mu "zaległe lanie" za coś, o czym dziecko zdążyło już zapomnieć, chodzi przy tym regularnie na msze i uważa się za biblijnego Hioba, którego Bóg pokarał żoną z rynsztoka i dzieckiem zdechlakiem.
             Ciosy były wymierzane za następujące "przewinienia": rozlanie kawy podczas dziecięcej gonitwy koło stołu, zbyt głośna zabawa z kolegą czy też przeszkodzenie dorosłym w rozmowie. W tym domu przekleństwa i wyzwiska fruwały w powietrzu, szkoła też nie dawała schronienia: "chachary" z patologicznej ulicy Cmentarnej pluły na swoją ofiarę, co oczywiście nie przeszkadzało im być ministrantami.

Ale teraz były czasy chacharów ze Sztajnki, obecnie zwanej ulicą Cmentarną, to były ich czasy, bo przecież nie moje; nigdy nikomu nie powiem "za moich czasów", bo żaden czas nie był mój, nawet kiedy go miałem. (s.109)

             Ten przejmujący cytat najlepiej oddaje przeżycia bohatera. Jego dzieciństwo zostało zatrute, zabrano mu normalność i prawo do prawidłowego rozwoju. To, co jest przywilejem dziecka, a więc zabawa, szaleństwo, radość życia, było surowo karane. Chłopiec musiał przyjąć postawę "spo-wypr", co oznaczało spokój i wyprężenie, od małego był tresowany, a nie wychowywany. Ojciec szaleniec i matka niezdolna do obrony własnego dziecka przed tyranem - taka rodzina niestety nie jest rzadkością w dzisiejszych czasach. Dobrze, że autor zabrał głos w dyskusji na ten temat.

wtorek, 10 lutego 2015

" W stronę tamtego lasu" - Krystyna Siesicka



       Kolejne spotkanie z ulubioną autorką moich młodzieńczych znów dostarczyło wielu wzruszeń, a to za sprawą uroczego miejsca, które stworzyła pani Siesicka.  
        Leśniczówka wuja Bernarda, do której zawitała Sara, by napisać kolejną powieść (wersja dla wujostwa), a tak naprawdę schronić się przed niefrasobliwym narzeczonym jest właśnie tym niezwykłym i skrywającym tajemnice zakątkiem. Tutaj 26-letnia kobieta często bywała jako dziecko, a dziś szuka odpowiedzi na pytanie o sens i powodzenie jej przyszłego małżeństwa z miłośnikiem sportów ekstremalnych. Dziewczyna nie przypuszcza, że powrót po latach okaże się bardzo dla niej bolesny, że to arkadyjskie niemal miejsce nie jest wolne od zła, którego ucieleśnienie, jak ją wiele lat temu zapewniał wuj, zobaczyła na skrzyżowaniu dróg. Wspomnienie spotkania z dziwnym nieznajomym w błyszcącym cylinderku, fraku w pepitkę i laseczką powraca, gdy jadąca samochodem dziewczyna w ostatniej chwili widzi na drodze, w tym właśnie miejscu duży kamień, który omal nie stał się przyczyną nieszczęścia. Stach przed diabłem z przeszłości powraca, a Sara przekonuje się, że rzeczywiście w tym miejscu coś jest nie tak.
     Najpierw ingerencja żony Bernarda w powieść, która weług niej koniecznie musi mieć rudą bohaterkę, potem spotkanie owej rudej dziewczyny w lesie, poznanie prawdy o kotce Czarnuszce i tajemniczym towarzystwie, które w zeszłym roku ulokowało się w tej okolicy, wreszcie dziwna dynia i rupieciarnia na strychu leśniczówki, a w niej rekwizyt z przeszłości.
      Znów pani Krystyna czaruje nas opowieścią o codzienności, w której zawsze można odnaleźć coś niezwykłego, o intrygującej zagadce, która zostaje rozwiązana po dwudziestu latach i to przez przypadek, a tak niewiele brakowakowało, żeby prawda o duchu z przeszłości nigdy nie została poznana.
      W stronę tamtego lasu to powieść, która ma to, co w książkach bardzo lubię: klimat miejsca, odkrywanie piękna w codzienności, nutkę nostalgii i niepewności, a także pamiątki z przeszłości. I jeszcze ten niedosyt, który odczuwamy, gdy karty powieści się kończą, a nie wszytsko zostało dopowiedziane.

poniedziałek, 9 lutego 2015

"Mury Hebronu" - Andrzej Stasiuk


    Mury Hebronu wydane w 1992 roku były debiutem literackim Andrzeja Stasiuka. Domyślam się, że w tamtych latach książka szokowała bardziej niż dziś, gdy język, którym zostały napisane opowiadania, przeniknął do współczesnej ulicy. Wystarczy posłuchać rozmów młodych ludzi w autobusach czy pod szkołą, żeby się przekonać, że slang więzienny rozszerzył strefę swoich wpływów. Po szkole czy na przerwie młodzi idą przecież "zajarać szluga", a w wolnym czasie "bujają się" po mieście. Oczywiście podane przykłady slangu więziennego Murów Hebronu są tymi "lżejszymi", bo tekst nasiąknięty jest odmienianymi na różne sposoby licznymi wulgaryzmami. Nie tylko zresztą pojedyncze słowa tworzą specyficzny klimat wypowiedzi. Składnia zdań (Tak sobie myślałem, żeby to nie była od razu jakaś Iława albo inny Mielęcin), barwne i śmieszne metafory (milicja lata mi osiemdziesiątką koło ch...) sprawiają, że tekst, mimo ukazywania przerażającej rzeczywistości, czyta się dobrze, a często nie sposób się przy nim nie uśmiechnąć. Humor opowiadania nie przesłania jednak przerażającej prawdy o życiu szemranego towarzystwa w PRL-owskich więzieniach i na wolności. Praktyki stosowane w ówczesnych zakładach karnych zaprzeczały idei resocjalizacji więźniów, którzy po wyjściu na wolność powracali do dawnego stylu życia. Dowiadujemy się o tym z dwunastu opowiadań, które tworzą zbiór Mury Hebronu.
    Najobszerniejsze z opowiadań, zatytułowane Opowieść jednej nocy, zdecydowanie dominuje nad całością i objętościowo, i pod względem treści i języka. Jest ono zapisem nocnej rozmowy, a właściwie monologu, który wygłasza doświadczony więzień młodemu zwanemu przez niego  "małolatem". Opowieść o swoim życiu rozpoczyna od opisu pierwszych kradzieży, pobytu w poprawczaku, patologii w rodzinie, romansu z lekarką, włóczenia się po melinach. Następnie opowiada o pobycie w zakładzie karnym za zlecenie obrabowania domu, wyjściu na wolność, "bujaniu się" po Warszawie, pobycie u kolegi z więzienia, w jednej z licznych na Pradze melin, kolejnych romansach i kradzieżach. Obecny pobyt w więzieniu jest już jego trzecim, stąd nasz bohater czuje się już jak stary wyjadacz, który wie, jak przetrwać za kratami i czuje się osobą kompetentną, by udzielać małolatowi rad. Przede wszystkim uświadamia mu, że więźniowie dzielą się na "grypsujących", czyli tych lepszych, prawdziwych więźniów, którzy wybrali w życiu zawód bandziora i "frajerów", czyli tych żałujących za grzechy i obiecujących poprawę. Ci pierwsiczują się w więzieniu jak panowie na włościach, ustalają zasady, tępią "frajerów":

Tutaj wszystko jest proste. Żeby nie być cwelem, trzeba dymać cweli. Żeby nie być frajerem, trzeba gnębić frajerów. A przynajmniej nie wolno bać się tych spraw. Przypeniasz pierwszy raz, to możesz przypeniać i drugi. Przypeniasz w małej sprawie, to możesz przypeniać i w dużej. Nie ma litości. Litość to zbrodnia. Codziennie musisz sobie to powtbarzać. Codziennie. Dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Kryminał jest dla sztywnych chłopaków. Kryminał dla sztywnych chłopaków jest jak drugi dom. Co ja gadam, drugi. Pierwszy. A w domu musi być porządek. Tyle ci powiem, małolat. Tylko tyle. Pozwól rządzić frajerstwu, a zobaczysz, co się będzie działo. Każdy będzie sprzedawał każdego. Za byle gówno. Za dodatkowe widzenie, za dodatkową paczkę, za pochwałę w raporcie jakiegoś pierdolonego oddziałowego. Tylko strach. Nic innego. Ta cała banda frajerów boi się administracji, ale boi się i nas. Nas boi się bardziej. Klawisza to oni widują trzy razy dziennie, a z nami muszą żyć na co dzień. Kryminał nie jest dla tych, którzy wpierdolili się do niego przez przypadek i żałują za grzechy. Kryminał jest dla tych, co wiedzieli, że do niego trafią. I nie płaczą po nocach w poduszkę. Kryminały zbudowali specjalnie dla nas i my sobie będziemy je urządzać. (s. 122-123)

Opis brutalnych przesłuchań milicji, zamykania oczu administracji więziennej na to, co dzieje się w celach, prób samobójczych, wreszcie bestialskich praktyk wobec "cweli" wykorzystwanych seksualnie przywodzi na myślmyśl jedno stwierdzenie: Więzienie zamiast resocjalizować, tworzy z ludzi prawdziwe bestie, bo mówienie o "zezwierzęceniu" w ich przypadku to za mało. Potwierdzają to słowa naszego bohatera:

Małolat, ja siedzę już trzeci raz i wiem, że będę z przerwami siedział do końca życia. Udało się im tylko jedno. Nauczyli mnie, jak być bandytą, nie bać się kryminału i być dumnym z tego. To im się dobrze udało. I tylko to. (s.105)

Z opowiadań Stasiuka wybrzmiewa jednoznacznie negatywny obraz zakładów poprawczych (które są  dla złodziei"podstawówką na wysokim poziomie) i karnych, w których proces odczłowieczania postępuje w błyskawicznym tempie. Stasiuk jednak, ukazując rodzinne domy złodziei, pełne pustych butelek i pijanych do nieprzytomności ludzi, pokazuje, gdzie rodzi się zło.

Mury Hebronu to tekst mocny, momentami szokujący, pokazujący, że granica dna, które może osiągnąć człowiek nie istnieje, gdyż ta "cywilizowana istota" jest w stanie wymyślić coraz to nowe sposoby splugawienia siebie i innych. Chyba tylko dobra narracja z mnóstwem smaczków językowych (Tu się nie siedzi dla zabawy. To nie pączki u cioci, nie możesz wyjść, jak ci się balanga nie podoba), sprawia, że tekst w ogóle da się przeczytać.

sobota, 31 stycznia 2015

"Śpiewaj ogrody" - Paweł Huelle



        Lektura książki Śpiewaj ogrody przypomniała mi, czym jest prawdziwa literatura. Tego brakowało mi ostatnio,gdy w moje ręce trafiały powieści lekkie, łatwe i przyjemne. Książka Huellego jest prawdziwą intelektualną przygodą. Świat przedstawiony utworu jest bogaty i różnorodny, a problematyka dotyka chyba wszystkich najważniejszych sfer życia.
        Narrator powieści, który jest jednocześnie jednym z jej bohaterów, wkraczając w dorosłe życie, postanawia zebrać i upamiętnić to wszystko, co zapamiętał z czasów dzieciństwa, wprowadzając do opowieści wspomnienia Grety - kobiety, która odegrała w jego młodzieńczym życiu dużą rolę. I tak rozpoczyna się rozległa, pasjonująca, chociaż nie pozbawiona smutku i dramatów opowieść o przedwojennym, wielokulturowym Gdańsku, o wojnie, która zniszczyła miasto i zgładziła wielu jego mieszkańców, o próbie powrotu do normalności w trudnych czasach komunizmu.
       Gdańsk jest w powieści miejscem magicznym, każdy jego zakątek wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa, młodzieńczą fascynacją życiem, ludźmi, historią i kulturą. Każda rzecz, każde zdarzenie czy opowieść miały dla narratora wyjątkowe znaczenie. Świat poznawał z żywych lekcji historii i współczesności, których udzielali mu rodzice i bardzo bliscy mu ludzie - Niemka Greta, u której kilka lat mieszkał z rodzicami, ciotka Eufrozyna, jak i przyjaciel ojca, rodowity Kaszub - pan Bieszk.
       Opowieść snuje się lekko, jakiś szczegół jednego wspomnienia przywołuje następne, nieraz bardzo oddalone w czasie od tego pierwszego, by po chwili znów powrócić do początku:

"Czas opowieści ma swoje własne prawo: kołuje, wraca do początku, potrafi przeskakiwać miesiące, a nawet lata, by w pewnej chwili zatrzymać się dłużej na jakimś wydarzeniu albo szczególe z pozoru tylko niezbyt ważnym dla całości." (s.296)

        Miło czytać o radości dziecka, które dostaje wymarzony rower i całymi dniami przemierza nim miasto. Dziś na próżno oczekiwać od dziecka autentycznej radości z takiego prezentu. A jeszcze trudniej - takiego zainteresowania opowieściami o historii, trudnych czasach wojen i bitew, legendach i zwyczajach, jakie wykazywał nasz bohater:

"Ryby wyjęte z popiołu były smaczne. Pan Bieszk wydobył z chlebaka kilka pajd chleba i butelkę po oranżadzie, w którą wlał wcześniej pędzone domowym sposobem jałowcowe piwo. Byłem jak oniemiały. Księżyc przeszedł już nad wyspą na drugą stronę jeziora, a ja myślałem, że jestem w środku jakiejś zmyślonej historii, jakiejś legendy, której nigdy nie słyszałem w szkole ani nie przeczytałem w żadnej książce, ani nie usłyszałem w domu, ale która dotyczy mnie tak, jakbym sam był szwedzkim ratajem albo polskim kawalerzystą lub Kaszubą trzymającym straż nad brzegiem jeziora." (s. 94)

      Powieść Huellego fascynuje i wciąga do środka opowieści o ludziach uwikłanych w historię, o historii, która zabierała wszystko: spokój, godność, wolność, prawo do szczęścia, rodzinę, życie. To także rodzaj hymnu na cześć człowieka - zarówno tego wybitnego, zdolnego, tworzącego kulturę, jak i tego zwykłego, sponiewieranego przez życie, bo obaj bez wyjątku zasługują na podziw i szacunek:

"Patrzyłem najego szorstkie, spracowane dłonie. Ojciec też nie miał zbyt wypielęgnowanych palców, ale jednak dłonie pana Bieszka to były dłonie od pługa, lejców, noszenia bagaży, zrzucania węgla, zbierania kartofli w polu, żęcia owsa kosą, karmienia drobiu i świń.To były kaszubskie dłonie, dłonie, które miały co najmniej tysiąc lat historii w swoich brodawkach, odciskach, bruzdach, w mitrędze codziennej roboty, gdzie zawsze chodziło o tosamo: żeby zdobyć trochę jedzienia i nie głodować na przednówku" (s. 187-188)

       Obok tych niezwykłych biografii zwykłych ludzi niestety pojawiają się także ludzie-demony. Huelle za sprawą bardzo ciekawego wątku siedemnastowiecznego pamiętnika łączy opowieść o hitleryzmie i komunizmie z niesamowitą, wzbudzającą grozę historią pewnego Francuza, którego wojenna tułaczka zaprowadziła do Gdańska. Zło nie narodziło się w XX wieku, a skłonność do okrucieństwa była w człowieku zawsze - o tym zdaje się przypominać autor.

      W gąszczu tematów i wątków jeden dominuje i organizuje całą powieść, jest to wątek muzyczny. I znów nasunęła mi się smutna refleksja, że dziś niestety ta dzidzina sztuki praktycznie nie istnieje w świadomości ludzi, a szkolne programy nawet nie próbują tego nadrobić. Szkoda, bardzo szkoda. I znów dostrzegam jakiś paradoks - dzieciństwo w dawnych, choć o wiele trudniejszych czasach było jednak ciekawsze, a może nawet szczęśliwsze? Niech słowa narratora potwierdzą moje zdanie:

"[...] jestem niewątpliwie w jakimś stanie lekkiej euforii - może to opowieść o "Pieśni" skomponowanej przez Ernesta Teodora tak namnie wpłynęła, a może obraz zupełnie zachwaszczonego, jak dżungla dzikiego ogrodu, otaczającego i pochłaniającego z każdej strony ruinę tego domu, w którym po raz pierwszy ujrzałem światło, w którym oczy matki śledziły moje pierwsze, niezdarne kroki, w którym po raz pierwszy usłyszałem dźwięk fortepianu i wokół którego czas - przez te wszytskie lata - zatoczył niewidzialną pętlę, ostatecznie - myślałem już na Polankach - gdybym policzył wszystkie moje wizyty u pani Grety, gdybym spisywał je w kalendarzu, każdą z konkretnym dniem i godziną, byłoby tego całe mnóstwo, byłaby z tego Księga - nie tylko jej i Ernesta Teodora, ale także moja, własna, prywatna Księga wtajemniczenia w całe to miasto i jego ulice, bruki, podwórka, ogrody, zaułki, knajpy, sklepy, byłaby to Księga mojego życia, której przecież nie napisałem, lecz której oddech czułem za plecami, tak jak zapach kwitnących lip." (s. 247-248)

      Spotkałam się z wieloma absurdalnymi według mnie zarzutami pod adresem powieści Huellego: a to, że za dużo w niej zagmatwanych wątków, a to, że napisana chaotycznie, wreszczcie, o zgrozo, że za dużo w niej nawiązań do różnych tekstów kutury, bo mało kto słyszał o Rilkem, mało kto zna opery Wagnera. Cóż można powiedzieć: ręce opadają, gdy się słyszy takie słowa. Pozostaje mieć nadzieję, że pokolenie współczesnych czytających wyrobi sobie gust i zacznie doceniać prawdziwą literaturę.


niedziela, 18 stycznia 2015

"Stokrotki w deszczu" - Anna Gratkowska



Książka jest diagnozą świata współczesnych absolwentów, którzy z tytułem magistra lądują w pośredniaku i miesiącami, a nawet latami czekają już nawet nie na wymarzoną, ale jakąkolwiek pracę. Główna bohaterka, która mimo poczucia bezsensu wysyła kolejne CV i śledzi portale dla szukających pracy, w końcu wypowiada gorzką prawdę o swoich szansach na normalne zawodowe życie:

Nikt nie ma odwagi zacytować statystyk, według których liczba magistrów przekracza liczbę etatów. Prawdę mogę poznać tylko w urzędzie. W urzędzie jest jasno powiedziane, że mój czas i umiejętności nie są nikomu potrzebne.

Dzisiejszy świat nie ma do zaoferowania młodym ludziom zupełnie nic. Szczęściarze, których natura obdarzyła pyskatą naturą, uporem i zbytnią pewnością siebie, jeszcze jako tako sobie radzą (Anka). Gorzej z tymi, którzy, jak narratorka, nie pasują do współczesności - są skromni, nieśmiali, bez siły przebicia, trochę nieporadni. Dla takich nie przewidziano żadnego zajęcia.

Kolejne próby znalezienia zatrudnienia, rozmowy kwalifikacyjne kończące się kłamliwym zapewnieniem, że "na pewno do pani oddzwonimy", przeliczanie każdej złotówki, miesięcznym przegląd rachunków i gorzka refleksja, że jednym zbędnym zakupem okazały się żelki i orzechowe ciastka za całe 6, 08 zł, i jeszcze pozostająca w sferze marzeń kawa z przyjaciółką w Cafe Paradise - oto, z czym zmaga się nasza bohaterka, a z nią ogromna liczba młodych ludzi we współczesnej Polsce.

Młoda kobieta jeszcze jako tako funkcjonuje chyba tylko za sprawą wspierającej ją rodziny i męża. Wszyscy wierzą, że w końcu się jej uda, ale ona sama ma świadomość, że trochę zmarnowała swój potencjał. Wybór dziennikarstwa nie był dobrym pomysłem, sama nie czuje się na siłach, aby podołać pracy w zawodzie. Najchętniej widziałaby się w ciepłym kąciku przy komputerze, ale wie, że nikt takiej pracy jej nie zaoferuje.

Powieść porusza trudne, współczesne problemy młodych ludzi, wśród których znajdzie się: beznadziejne poszukiwanie pracy; walka o prawo do osobnego życia, do małżeńskiej prywatności kosztem niestety comiesięcznych rachunków za wynajem; brak czasu dla własnego dziecka, bo jeśli już jakieś zajęcie jest, to pracodawca wymaga ogromnego zaangażowania i pracy od rana do wieczora; pierwsza małżeńska kłótnia; nieplanowana ciąża w najgorszym dla kobiety czasie; depresja przyszłej matki i próba zachowania optymizmu mimo wszelkich przeciwności.

A ja wyję, bo przecież brak pracy i czarna dziura w budżecie pochłaniająca wszystkie nasze plany, i życie wywracane do góry nogami, w chwili, gdy tak niepewnie kroczymy naprzód. Nie wiem, jak damy sobie radę, chyba nie damy, czy można zrezygnować z tej konkurencji, ogłosić falstart, odwołać wyścig?

I jest jeszcze nieśmiertelny Facebook, do którego przeniosło się życie młodych ludzi. Tutaj przecież można troszkę nakłamać: zdjęcia i wpisy pokazują przecież tylko część prawdy o nas, tę lepszą część. Facebook leczy kompleksy: wystawię na widok publiczny swoje zdjęcie z uśmiechniętym bobasem, ale przecież za nic w świecie nie przyznam się, że jest mi ciężko, że jestem przemęczona;

Stokrotki w deszczu to książka, która pewnie niejednej młodej czytelniczce będzie bardzo bliska, bo odnajdzie w niej to, z czym sama się zmierza na co dzień.



czwartek, 18 grudnia 2014

"Wnuczka do orzechów" - Małgorzata Musierowicz



          Długo wyczekiwana przeze mnie dwudziesta część ukochanej "Jeżycjady" musiała się znaleźć w moim księgozbiorze. Z rodziną Borejków się wychowałam, a każdego z bohaterów traktuję jak dobrego znajomego i zawsze z niecierpliwością czekam na kolejną serię ich przygód. Teraz jednak, po latach, lekturze najnowszych tomów towarzyszył pewien smutek, bo oto czas nieubłaganie płynie, a moi bohaterowie, a z nimi i ja, coraz starsi. Kochanego profesora Dmuchawca pożegnaliśmy w McDusi, we wnuczce z kolei dziadek Ignacy też jakby się już pomału żegnał ze światem, gdy przekazuje wnuczkowi Jędrusiowi życiowe mądrości. Oczywiście on i jego żona są nadal pełni optymizmu i poczucia humoru, ale wyczuwa się w ich zachowaniu pewne wyciszenie i pogodzenie się ze starością i upływającym czasem.
          Ignacy i Mila nie są jednak głównymi postaciami powieści, a tytułowa wnuczka nie należy do ich rodziny. Urocza Dorotka Rumianek, której podobizna widnieje na okładce książki, ratuje z opresji wciąż, mimo pięćdziesiątki na karku, nieco roztrzepaną Idę i tym sposobem poznaje też innych członków rodziny. Sama Dorotka - bardzo inteligentna, miła, zaradna - jest dziewczyną jakby z innej epoki: mieszka z dwiema babciami gdzieś na odludziu, w starym domu otoczonym malowniczymi polami i lasami, zręcznie powozi bryczką, oporządza kobyłkę, hoduje kury, wspina się na drzewa, robi kompoty, sprzedaje jajka. Jednocześnie dziewczyna jest ambitna (chce studiować medycynę), praktyczna, zna swoją wartość, nie przywiązuje wagi do tego, w co się ubiera i nie wstydzi się poruszać wspomnianym już wyżej środkiem lokomocji. Bardzo mnie ciekawi, czy panią Małgorzatę Musierowicz ktoś konkretny zainspirował do stworzenia postaci Doroty, bo czy można jeszcze spotkać w dzisiejszych czasach nastolatkę, która się nie stroi, nie maluje, nie wisi z nosem na telefonie, z uśmiechem na twarzy gospodaruje na wsi, ma dużą wiedzę, ambicję i nie narzeka na warunki życia?
           Postać Dorotki uroczo kontrastuje z postacią Ignacego Grzegorza. Młody student historii sztuki nie wydoroślał przez ostatnie lata. Zatopiony w książkach i świecie poezji zupełnie nie odnajduje się na wsi, w której wciąż widzi same zagrożenia. Fajtłapą był i fajtłapą został, w dodatku - ze złamanym sercem, a to musiało zaowocować kolejnymi zabawnymi historiami. Czy młodzi przypadną sobie do gustu? Może Ignacy Grzegorz potrzebuje właśnie takiej praktycznej i zaradnej dziewczyny, która pokierowałaby jego życiem?
            Wnuczkę... przeczytałam błyskawicznie i zbliżając się do końca czułam niedosyt - że za krótko, że za szybko się skończyła ta miła przygoda i że tak mało było w tej części Gabrysi, Natalii, Robrojka, Mili, Pulpecji, a pozostałych (Laury, Róży, Łucji, nie wspominając już o postaciach spoza rodziny) w ogóle zabrakło. Na ich miejsce weszli nowi bohaterowie: Dorotka, jej pełne wigoru babcie Andzia i Wikta, jak i genialnie nakreślony ich sąsiad Chrobot - przaśny, swojski, uroczy w swojej prostocie chłop z dziada pradziada.
            Warto jeszcze raz podkreślić, że historia opowiedziana we Wnuczce... rozgrywa się w malowniczej scenerii, gdzieś w Wielkopolsce w środku upalnego lata. Ma się wrażenie, że to miejsce pozostało dziewicze i nieskażone cywilizacją. Klimat tej książki jest naprawdę wyjątkowy, szkoda tylko, że tak mało było w niej Poznania, a dobrze znane, pełne ludzi i zakurzonych książek mieszkanie przy Roosevelta 5 chyba już nigdy nie będzie takie jak kiedyś.

         
          

piątek, 12 grudnia 2014

"Sklepik z Niespodzianką. Bogusia" - Katarzyna Michalak



        Pierwsza powieść z cyklu "Sklepik z Niespodzianką" urzeka łagodnością, ciepłem i malowniczą scenerią nadmorskiego, otoczonego pachnącym lasem miasteczka o nazwie Pogodna, 
        Główną bohaterką jest dwudziestosześcioletnia Bogusia, która po dwóch latach pracy na obczyźnie (sadzenie cebulek tulipanów w Holandii) wraca do kraju. Los sprawia, że dziewczyna nie dociera do rodzinnego domu na warszawskiej Saskiej Kępie, lecz zatrzymuje się na Pomorzu - w miejscu, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Urzekający  ryneczek Pogodnej staje się odtąd centrum świata młodej architekt krajobrazu. W zabytkowej kamieniczce wynajmuje mieszkanie i lokal na rozkręcenie interesu. Oczarowana jego starym wnętrzem postanawia urządzić w nim coś wyjątkowego - sklepik z duszą. Dobrze, że nad młodą, romantyczną, niedoświadczoną i nieco naiwną i kobietą czuwają twardo stąpający po ziemi rodzice, którzy uświadamiają jej, że porcelanowe aniołki i inne tego typu bibeloty nie są towarem pierwszej potrzeby i z pewnością nie zapewnią jej bytu. Pomysł mamy, ażeby w nowo wynajętym lokalu serwować pyszną czekoladę, a do niej ciasta domowej roboty, przypada dziewczynie do gustu.
        Rozpoczyna się remont lokalu na parterze kamieniczki, a nowa mieszkanka Pogodnej rozgląda się po okolicy, przygarnia bezdomnego pieska i marzy o wielkiej miłości. Nieco zagubiona dziewczyna poznaje ludzi, dzięki którym pierwsze dni w nowym miejscu nie są aż tak stresujące. A z niektórymi ( z cichą i skromną weterynarz Lidką, przebojową radną Adelą, sympatyczną emerytowaną psycholog - panią Stasią) udaje się jej zaprzyjaźnić i rozkręcić biznes. Romantyczna dusza Bogusi zawita także do starego dworku Potockich i pozna trzy pokolenia dziedziców słynnego nazwiska: dziadka Arkadego, ojca Wiktora i syna Bartosza. Po drodze natknie się także na miejscowego lowelasa, artystę malarza Igora, dla którego straci głowę.
         Dziewczyna przekonuje się, że Pogodna nie jest tak cichym miejscem, jak jej się wydawało, a jej mieszkańcy mają wyjątkową skłonność  do komplikowania sobie życia i wikłania się w intrygi. Bogusia nieświadomie daje się wciągnąć w tę grę: podrywa Igora i jednocześnie nawiązuje znajomość z najmłodszym z Potockich, któremu robi nadzieję na przyszły związek, poznaje historię zaginionej Anny, a wkrótce zakochuje się w jej mężu - trochę dużo jak na tak krótki czas i tak skromną i dobrze wychowaną dziewczynę. Mimo wszystko jednak dziewczyna w Pogodnej się nie zmienia - pozostaje tą naiwną, słabą, niewiele wiedzącą o życiu młodą kobietą, która chce sobie udowodnić, że potrafi dojrzale i mądrze wkroczyć w dorosłość, że nie boi się wyzwań (paliła przecież trawkę w Holandii i brała udział w ogniskowych ekscesach, a jakże!), że jest twarda i pewna siebie.
        Postać Bogusi jest nieco denerwująca, a precyzując, denerwująca jest jej naiwność nastolatki, a to przecież już kobieta po studiach. która, jak z dumą podkreśla, zakosztowała za granicą wolności i zakazanych owoców. Chciałaby być nowoczesną, samodzielną kobietą, a zachowuje się czasami infantylnie, a czasami znów zbyt śmiało (Wiktor), a potem dziwi się, że została tak inaczej potraktowana. Holenderskie ekscesy, którymi tak się chwali, to tylko nic nie znaczące epizody w jej życiu, które niczego jej nie nauczyły. Dziewczyna pozostała naiwną córeczką mamusi, która wciąż dziwi się światu, nie umie wyciągać wniosków z obserwacji ludzi i nie przewiduje skutków swojego zachowania.
        Walorami książki są na pewno: sceneria, dosyć ciekawa fabuła skrywająca tajemnice bohaterów, ciekawie i z humorem napisane przepisy na domowe ciasta. Minusem (dużym) jest kreacja głównej bohaterki.

piątek, 31 października 2014

"Zielone kalosze" - Wanda Szymanowska



    Bardzo udany debiut pani Wandy Szymanowskiej. Książka bez zbytniego patosu porusza temat przemocy w rodzinie i dojrzewania kobiet do wyzwolenia się spod wpływu mężów-tyranów. Może poważnie te słowa zabrzmiały, ale, tak jak wspomniałam, powieść została utrzymana w lekkim tonie, a poza tym tyle w niej optymizmu, że z pewnością nikogo nie przytłoczy.
    Autorka "wysłała" swoją główną bohaterkę z dużego miasta na prowincję, do opuszczonego domku wśród pól, które przecina błotnista droga, W tym miejscu pięćdziesięcioletnia kobieta, przyzwyczajona do luksusów i markowych ubrań szuka ciszy i odpoczynku po 30 latach związku z alkoholikiem. Jak to na wsi bywa, każda nowa rzecz nie ujdzie uwadze mieszkańców. Antonina od razu została zauważona i oczywiście wzbudziła sensację we wsi. Kto jak kto, ale sklepowa Stenia musi wiedzieć, co się wokół dzieje, więc gdy tylko pojawia się niecodzienna klientka, postanawia ją wybadać. Od pierwszego niewinnego "A pani to na długo?" rozpoczęła się przyjaźń wykształconej pani z miasta z prostą, wiejską, zaniedbaną, ale pełną ciepła i energii kobieciną, przyjaźń, która wiele zmieniła w życiu obu kobiet podobnie doświadczonych przez życie.
     Przyjazd Antoniny zakłócił leniwie płynące życie Ruczaju Dolnego. Wieś w oczach kobiety jawi się jako relikt PRL-u na czele z wójtem siedzącym na ciepłym stołku przy pustym biurku z papierosem w ustach i całowaniem rączek szanownej pani (tak na wszelki wypadek, bo nie wiadomo, co to za jedna, a co, jeśli się okaże, że ktoś ją nasłał?). Barak zwany świetlicą przypomina klubokawiarnię z lat 60, mężczyźni okupują knajpę w rynku a głowy miejscowych kobiet straszą nieśmiertelną trwałą z kręconymi lokami.

- Ale proszę cię, kochana, nie rób już więcej trwałej. Za bardzo wysusza włosy i robi się z nich taki brzydki wiecheć - wyjaśniała Antonina.
Stenia przyglądała jej się zdezorientowana. Pierwszy raz w życiu słyszy, że nie trzeba robić trwałej ondulacji, bo jest brzydka. No jak nie robić? Przecież wszystkie mają i kochają siedzieć dwie godziny u fryzjerki, bo tylko tam można dowiedzieć się ciekawych rzeczy - kto, z kim, kiedy, za co, po co, za ile, dlaczego i co z tego wynikło. To po co ona teraz będzie chodzić do fryzjerki? Prostować? A inne kręcą?

      Autorka genialnie oddała mentalność mieszkańców wioski, którzy żyją tak, jakby w Polsce w ostatnich latach nic się nie zmieniło. W ich świadomości funkcjonuje jeszcze stary system: rządzi wójt, a oni trwają w swoim marazmie, nawet nie próbują czegoś we wsi zmienić, choćby nawet upomnieć się o dom kultury, który umarł wraz z poprzednią kierowniczką. Jedyną rozrywką mieszkańców jest obserwacja siebie nawzajem, wysiadywanie w barze (mężczyźni) i ulubione ploteczki w sklepie czy u fryzjera (kobiety).
      Czy Antonina zaklimatyzuje się w nowym domu? Czy uda jej się ożywić miasteczko i zmienić podejście wójta do swojej pracy i potrzeb mieszkańców? Czy przyjaźń ze Stenią nie zachwieje rodzące się w nich uczucie do tego samego mężczyzny? I czy Stenia znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby podjąć ważną decyzję?
     Zielone kalosze to książka naprawdę dobrze napisana. Znakomity styl, lekkość narracji, ważny temat podany bez zbytniego roztrząsania i roztkliwiania się nad losem bohaterek, bardzo dobra kreacja bohaterów, których charaktery zostały bardzo realistycznie odmalowane i sporo smaczków w postaci zabawnych opisów realiów obyczajowych wsi - to wszystko tworzy naprawdę ciekawą opowieść.

wtorek, 28 października 2014

"Trucicielka"- Eric-Emmanuel Schmitt



      Trucicielka jest zbiorem czterech opowiadań, które łączą motyw obsesji i postać św. Rity. Ogarniająca umysł uprczywa myśl-trucicielka jest potężną siłą, która panuje nad człowiekiem, czyniąc go niewolnikiem samego siebie i skłaniając do działań rzutujących na całe życie. To "opętanie" ma w zbiorze różnoraką postać: chorobliwej fascynacji księdzem, rozpaczy, wyrzutów sumienia, zemsty, żądzy władzy i strachu przed wyjściem na jaw spraw z przeszłości.
     Pierwsze z opowiadań, noszące taki sam tytuł jak całość zbioru, rozgrywa się w pewnym francuskim miasteczku, które stało  się znane za sprawą jednej z mieszkanek - Marie Maurestier, zwanej Trucicielką. To niechlubne miano przylgnęło do niej za sprawą głośnych procesów, w których jednak skutecznie obroniła się przed oskarżeniami o zabójstwo mężów. Siedemdziesięcioletnia dziś kobieta nie wygląda i nigdy nie wyglądała jak uwodzicielka, która miałaby zwabić trzech dużo starszych od siebie mężczyzn, by po ślubie pozbyć się ich i przejąć ich majątek. Wysoka, nieprzyjemna, nieprzystępna, ironiczna, aseksualna nie wydaje się osobą o erotycznie bujnej przeszłości, w której było też miejsce na romans z dużo młodszym, przystojnym, kochankiem. Czy rzeczywiście ta "wielka klacz o groźnej posturze", jak o niej mówiono, dokonała wszystkich morderstw, czy też kolejne zgony związanych z nimi mężczyzn to tylko zbieg okoliczności?
       W mieście pojawia się osoba, przy której Marie staje się inna. Kobieta codziennie przychodzi do koscioła, wpatruje się w  nowego, przystojnego proboszcza, razem z nim się modli, a po nabożeństwie długo z nim rozmawia. Gabriel jest pełen gorliwej wiary, którą zaraża wiernych, pełen ciepła, wyrozumiałości i pokory cechującej młodych duszpasterzy, niepoddających się jeszcze rutynie w pracy duszpasterskiej i w modlitwie. Początkowa fascynacja osobowością księdza przeradza się w pożądanie i chęć zawładnięcia jego duszą.
       Marie nie może się pogodzić z tym, że Gabriel nie poświęca jej już tyle czasu, gdyż pomaga Verze Yvette, źle prowadzącej się matce sześciorga dzieci. Częste wizyty Very w konfesjonale doprowadzają Marie do furii, zwłaszcza że ta młoda kobieta jest bardzo atrakcyjna. Gdy słyszy od Gabriela, że największym grzesznikom duszpasterz powinien poświęcać najwięcej czasu, Marie postanawia działać. Teraz ona okupuje jego konfesjonał i wyznaje szokujące prawdy ze swojego życia. Czuje przy tym fizyczną rozkosz, bliskość księdza i przedmiot ich rozmów są dla niej namiastką cielesnej bliskości. Nowe szczegóły, plątanie się w zeznaniach, zmiany motywów morderstw są przemyślaną strategią mającą przedłużyć godziny spowiedzi.  Czy rzeczywiście wszystko, co wyznała, jest prawdą, czy też ubarwiła przeszłość, by dłużej być przy Gabrielu i nie pozwolić mu o sobie zapomnieć? Czy uda się młodemu proboszczowi nawrócić swoją parafiankę? Co się wydarzyło po pięciu bardzo trudnych i wyczerpujących dla Gabriela, a pełnych rozkoszy dla Marie tygodni spowiedzi?

       Drugie opowiadanie pt. Powrót jest znakomitym studium psychologicznym postaci. Greg, mechanik okrętów, spędza swoje życie na Pacyfiku. Jest to prosty robotnik, zapatrzony w pracę, która organizuje całe jego życie. Na lądzie zostawił żonę i cztery córki, ale zajęty pracą nie ma czasu ani siły na tęsknotę czy rozmyślania. Wszytsko zmienia się, gdy kapitan statku otrzymuje telegram o śmierci córki Grega. Niestety nie udało się ustalić, która z córek nie żyje. Greg przeżywa piekło. Zastanawia się, której córki już nigdy nie zobaczy. Prosi Boga o to, żeby to nie była ta, którą najbardziej kocha, potem ma wyrzuty sumienia, że prosząc Boga o życie jednej, niejako skazuje na śmierć inną. Uświadamia sobie, że jego dzieci wychowały się w zasadzie bez niego, że z powodu wiecznej rozłąki nie zna swoich córek, nie wie, jakie są, co je interesuje. Wyrzuca sobie, że gdy się pojawiał w domu, był dla nich zbyt ostry, wzbudzał strach, zamiast dawać miłość. W jaki sposób to doświadczenie wpłynie na życie Grega? Czy nieugięty twardziel zmieni swój stosunek do rodziny? I której córki nie ujrzy, gdy wróci do domu?

       Koncert "Pamięci anioła", trzecie opowiadanie zbioru opisuje historię Chrisa i Axela - dwóch młodych, obiecujących muzyków. Nikt nie ma wątpliwości, że to jednak Axel ma większy talent. To, co Chris musi wypracować, Axel ma w genach, więc jego gra urzeka naturalnością i niedoścignionym pięknem. Chorobliwa zazdrość wyzwala w Chrisie chęć rywalizacji i udowodnienia, że to on jest lepszy. Na wybrzeżu Australii odbywa się turniej młodych muzyków. Chłopcy mają się wykazać sprawnością fizyczną i sprytem w odnajdowaniu kryjówek ze skarbem. Jedna z nich znajduje się pod rafą koralową. Chris dociera tam jako pierwszy. Gdy zbliża się do celu, widzi jak Axel zaklinowany w rafie bezskutecznie próbuje się uwolnić. Nie wie, czy gesty chłopaka to  rzeczywiście wołanie o pomoc, czy podstęp mający go odciągnąć od skarbu. Chris podejmuje decyzję - weźmie skarb, potem wróci po Axela. Skarb został zdobyty, jednak na pomoc koledze jest już za późno. Najlepiej więc uciec, udając, że nic się nie widziało, zmarli przecież nie potrafią mówić.
      Jak wygląda życie Chrisa po wypadku kolegi? Czy może żyć ze świadomością, że przez niego zginął człowiek? Czy Chris może być pewny, że prawda nie wyjdzie na jaw? A może po latach duch przeszłości powróci, by upomnieć się o sprawiedliwość?

     Czwarte opowiadanie Trucicielki nosi tytuł Elizejska miłość i opisuje życie francuskiej prezydenckiej pary. Kolorowe pisma opiewają wieloletnią miłość małżonków, ilustrując ją licznymi zdjęciami. Prezydent Henri musi przecież dbać o pozory, w końcu zbliżają się wybory, w których będzie się ubiegał o drugą kadencję. Prezydentowa Catherine analizuje swoje życie i odkrywa, że nie może już żyć zamknięta w złotej klatce z mężem, który ją zdradza i traktuje jak ozdobnik jego politycznej kariery. Któregoś dnia wykrzykuje zbierającemu się do kochanki mężowi wszystko, co leży jej na sercu - łącznie z tym, co wie o kulisach jego wygranej w wyborach sprzed kilku lat. Przerażony prezydent próbuje uciszyć Catherine,  a jest zdolny do wszystkiego. Kobieta przekazuje wszystkie obciążające go zeznania swoim znajomym, którzy w razie czego ujawnią je światu.  Od teraz w interesie prezydenta jest to, żeby jego żonie nie spadł włos z głowy. Obojga małżonków nagle paraliżuje wiadomość o chorobie Catherine.  W hospicjum św.  Rity umierająca kobieta pisze wspomnienia, które każe opublikować po swojej śmierci.  Jej rękopis staje się obsesją Henry'ego.  Mężczyzna robi wszystko, aby obciążające go zapiski żony nie ujrzały światła dziennego. Bezskutecznie.
 


środa, 15 października 2014

"Kwiaty na poddaszu" - Virginia C. Andrews



           Po raz pierwszy wydane w 1979 r. Kwiaty na poddaszu na miano "wielkiego bestsellera" zasłużyły rewelacyjnie skonstruowaną intrygą. Odkrywanie kolejnych mrocznych i nierzadko drastycznych wątków pochłania czytelnika tak, że ciężko się od lektury oderwać.
          Czworo rodzeństwa mieszka z rodzicami w Glandstone. Matka Corrine opiekuje się dziećmi i wydaje na siebie mnóstwo pieniędzy, które zarabia jej mąż, Christopher. Domowa sielanka kończy się podczas urodzinowego przyjęcia ojca, na które główny bohater tego dnia nie zdążył już przyjechać. Śmierć Christophera wywraca życie dzieci do góry nogami. Matka przyznaje się, że z powodu swojej rozrzutności i umiłowania do luksusu nie mają ani grosza, a ich dom jest obciążony długami. Cała rodzina udaje się pociągiem do domu rodziców Corrine. W drodze dzieci dowiadują się, że dziadek nienawidzi ich matki, gdyż za młodu zrobiła coś, czego nie potrafi jej wybaczyć. Matka tłumaczy, że do momentu aż odzyska względy swojego umierającego ojca i na nowo zostanie uznana dziedziczką jego fortuny, będą musiały się ukrywać. Dzieci zostają umieszczone w jednym pokoju, z którego przez drzwiczki ukryte w szafie mogą się przedostać na poddasze ogromnego domu. Codziennie rano zagląda do nich ich babka, przynosząc skromne jedzenie na cały dzień i upominając, aby zachowywały się przyzwoicie, czytały Biblię i nie grzeszyły. Wyobrażenia dzieci o mieszkaniu w dużym, bogatym domu dziadków szybko się weryfikują. Pokój i poddasze są jedynym miejscem, w którym mogą przebywać, a babka uważa je za "nasienie diabła", jest ostra, nieprzyjemna, okrutna. Matka, tłumacząc zachowanie babki, wyjawia tajemnicę swojego małżeństwa z bliskim krewnym i znika na całe dnie, by rzekomo uczyć się zawodu sekretarki, dzięki któremu będzie mogła znaleźć pracę, wynająć dom i utrzymać całą rodzinę. Mami też dzieci obietnicą wielkiego majątku, który odziedziczą po śmierci dziadka, mają tylko cierpliwie czekać.
          Narratorka opowiadania, dwunastoletnia Cathy domyśla się, że ich matka kłamie, a tajemnica pokrewieństwa rodziców jest tylko jedną z wielu. Inaczej zachowuje się Chris, który bezgranicznie matce wierzy. Niczego nieświadome pięcioletnie bliźniaki, Carrie i Cory, ciągle pytają o mamę i lgną do Cathy, którą wkrótce zaczynają traktować jak własną rodzicielkę. Niespokojna i nieufna Cathy pod wpływem Chrisa próbuje znów matce zaufać.
          Tymczasowe lokum na poddaszu domu Foxworth Hall zamienia się w więzienie, z którego Cathy nie widzi już szansy ucieczki, zwłaszcza że rzekomo umierający dziadek wiąż żyje, a mama zjawia się w pokoju coraz rzadziej, a któregoś dnia informuje dzieci o swoim nowym mężu. Kobieta w ogóle nie interesuje się bliźniakami, nawet na nie nie patrzy, może już się nimi nie interesuje albo być może boi się zobaczyć ich wyniszczonych brakiem słońca, świeżego powietrza i ciepłego jedzenia twarzy. Jest bezczelna, gdy opowiada dzieciom opowiada o swoich wycieczkach, wyjściach do kina, balach, podróży po Europie. Wyrzuty sumienia próbuje zagłuszyć drogimi prezentami. Nie ma za grosz wyczucia, bo już o miłości matczynej mówić chyba nie można, gdy na długie tygodnie znika, zostawiając swojej dzieci na łasce swojej okrutnej matki, która wyszukuje pretekstów, by wyżyć się na niechcianych dzieciach.
          Czy to pod wpływem rodziców Corrine zamienia się w bezduszną i zakochaną w pieniądzach kobietę? Obawiam się, że ona już wcześniej zdradzała swój egotyzm. Na początku powieści, gdy Corrine podejmuje decyzję o powrocie do rodzinnego domu, pokazuje siebie w nie najlepszym świetle. Przydziela dzieciom tylko dwie walizki, sobie też, a przecież ich jest czworo, a ona jedna. Co więcej, nie zamierza tych dzieci w ogóle spakować, to Cathy ma zdecydować, czego najbardziej potrzebują bliźniaki. Gdy nocą zmierzają już przez pola i las do Foxworth Hall, to Cathy i Chris muszą nieść śpiące bliźniaki, chociaż matka idzie z pustymi rękami, gdyż po walizki ma pojechać później. Egoizm matki nie zrodził się po powrocie do rodziców, ta matka prawdopodobnie zawsze taka była, a tylko wizja przyszłego bogactwa wyzwoliła w niej te najgorsze instynkty.
          Tymczasem w zamkniętych na poddaszu nastolatkach zaczynają się budzić pierwsze fascynacje cielesnością. Nastolatki w osamotnieniu zmagają się z problemami okresu dojrzewania. W dodatku muszą zastąpić młodszemu rodzeństwu ojca i matkę, opiekować się nimi w chorobie, zorganizować im czas zabawy i nauki, i, co najgorsze, chronić ich przed własną babką, uspokajać, pocieszać i  tłumaczyć nieludzkie zachowanie matki.
          Kwiaty na poddaszu to przejmująca opowieść o dzieciach, które stanęły na przeszkodzie w realizacji marzeń matki o fortunie i młodym kochanku, to historia dzieci, które karze się za to, że ich ojcem jest bliski krewny matki. Książka wciągająca i jednocześnie przygnębiająca, momentami szokująca, ale, według mnie, mało wiarygodna. Za dużo w niej patologii. Dziwne jest to wymieszanie dewocji dziadków z ich okrucieństwem. Dziwi także brak zainteresowania różnych instytucji i szkoły losem dzieci, które zniknęły (przecież akcja książki nie dzieje się w średniowieczu, lecz w drugiej połowie XX wieku). Zastanawiająca jest także naiwność służby, która wierzy w opowieść o myszach harcujących na poddaszu i nawet z ciekawości nie zajrzy do zamkniętego skrzydła posiadłości, do którego właścicielka potajemnie nosi jedzenie zatrute arszenikiem. Niewiarygodne jest to, że przez tak długi czas tajemnica dzieci nie została odkryta, a one same wcześniej nie zorientowały się, że matka wcale nie chce ich stąd zabrać. Przecież gdyby chciała,to sama jej biżuteria, którą obwieszona przychodziła do dzieci, wystarczyłaby na wynajęcie domu i szczęśliwe życie z dala od barbarzyńskiej babki. A kurs sekretarki, po którym matka miała pójść do pracy trwał aż tak długo? Przecież starsze dzieci były już w tym wieku, kiedy wyczuwa się pewne rzeczy.  Ta sprawa jakoś ucichła w toku akcji, a one nawet nie spytały matki, czy ukończyła kurs i może już pójść do pracy. Zadziwiająca i trochę nieprawdziwa jest ta ufność starszych dzieci wobec matki, która tak nieludzko ich traktuje.
         Wiele jeszcze niedociągnięć i defektów w książce można autorce zarzucić, jak choćby infantylizm starszych dzieci i samej matki, a także wiele sztucznych dialogów, jednak mimo to, książka robi dość duże wrażenie.



sobota, 11 października 2014

"Trzynasty miesiąc poziomkowy" - Krystyna Siesicka




         Kolejne spotkanie z twórczością jednej z moich ulubionych autorek było czasem wyjątkowo miło spędzonym. Pani Krystyna Siesicka, jak zwykle zresztą, potrafi  zmieścić tak dużo treści, znaczeń, uczuć i refleksji w niewielkich rozmiarów powieści. Zastanawiające jest, w jaki sposób udaje się jej wejść ze swoją opowieścią głęboko w umysł czytelnika i pozostawić ją tam na długo.               Książkę otwiera następujący komentarz autorki:

Myślałam, że ta książka będzie żartem.
Okazało się, że ona wcale żartem nie jest.
Jeżeli jednak coś z żartu w niej zostało,
to może na nasze szczęście...

        Moim zdaniem nawet dosyć sporo tego żartu w książce. Sam sposób prowadzenia narracji jest grą z czytelnikiem. Autorka "umawia się" z nim co do wyglądu bohaterów, jakby dopiero na jego oczach tworzyła powieściową rzeczywistość. Otwiera przed nim swój umysł i pozwala obserwować proces twórczy. Czytelnik ma wrażenie, że opowieść rodzi się w momencie, w którym on ją czyta:

[...] do małej jadłodajni "Przydrożny barek" weszła Petra. Pomyślałam, że powinna być niewysoka, ubrana w długą brązową spódnicę, sięgającą po brzegi czarnych, sznurowanych bucików, że powinna mieć na sobie obcisłą rudą kurtkę, najlepiej sztruksową, ale już dość ciepłą, może podbitą cienkim sztucznym futerkiem. Szyję najchętniej owinęłabym jej długim wełnianym szalem, który Petra dostałaby od babci na swoje niedawno obchodzone osiemnaste urodziny, a ten szal niechby był w kolorze ciemnego bursztynu. Spojrzałam w stronę drzwi. Tak właśnie Petra była ubrana.

        Ciekawa jest także konstrukcja samego narratora, a w zasadzie narratorki. W niektórych partiach książki jest nią Izabela - jedna z osób stołujących się w "Przydrożnym barku", która zresztą nie ukrywa, że przychodzi tutaj, aby obserwować ludzi i skrzętnie notować to,co może jej się przydać do swojej powieści. Główną narratorką jest pewna kobieta, która wie i widzi wszystko, zagląda też do prywatnych domów niektórych bohaterów. W pewnych partiach tekstu jej rolę przejmuje Izabela, która relacjonuje to, co widzi i słyszy w jadłodajni i mówi w pierwszej osobie:

     Izabela ociągała się z wyjściem, ciągle licząc na to, że zaraz pojawi się tu starszy pan z siwą brodą. Miała wielką ochotę wyjąć ze swojej pięknej, skórzanej torby powiększające lusterko do makijażu i znowu sprawdzić w nim, jak wyglądają teraz jej włosy w kolorze złoty jasny szatyn, chociaż od chwili, kiedy wyszła od fryzjera, sprawdzała to dziesiątki razy.
    Nie uwierzycie, ale sprawdziłam znowu. Sięgnęłam po torbę, wyjęłam lusterko i pod pretekstem, że zaglądam do niego, żeby wyprostować zawiniętą rzęsę, obejrzałam sobie nasz nowy wizerunek, to znaczy wizerunek mój i Izabeli. Byłam w tym lusterku jakąś zupełnie obcą babą, której w ogóle nie znałam, więc jak tylko mogłam najszybciej, wrzuciłam ją do torby, bo ponad wszystko w świecie nie znoszę obcych bab.

 Czasami trudno się zorientować, która z kobiet w danym momencie mówi, bo bywa, że i w obrębie jednego akapitu na zmianę mówią obie narratorki:

    Izabela  zjadła zupę. Ciekawe, czy smakowała jej ta nowa jabłeczna. Zobaczyłam, że Tom przygląda mi się, być może zauważył, zapewne tak, bo uśmiechnął się i skinął głową z uznaniem. Od wczoraj byłam szatynką. 

         Taka kreacja narratora, to zapewne kolejny żart autorki, gra z czytelnikiem, który musi się postarać nad tą narracją zapanować. A może cała narracja jest tylko szkicem powieści Izabeli, która notuje jak leci - każde swoje luźne spostrzeżenie, które może się przydać w pracy nad powieścią, jak i już dopracowane fragmenty z wykreowanym narratorem.
        Tym, co decyduje o sukcesie powieści autorki, jest umiejętność takiego tworzenia rzeczywistości książkowej, by czytelnik czuł się współtwórcą tej rzeczywistości, by czuł, że osobiście obserwuje ten świat, a wydarzenia rozgrywają się na jego oczach. Nie bez znaczenia jest także znakomicie, jakby w przelocie uchwycone zachowania postaci, ich wypowiedzi, które tak wiele mówią o nich samych i problemach, z którymi się zmierzają.
        "Przydrożny barek" jest miejscem, w którym krzyżują się drogi ludzi w różnym wieku i o różnych zawodach. Atmosfera miejsca sprawia, że przychodzą oni nie tylko po to, by zjeść pachnący obiad, ale po prostu tam pobyć, z kimś porozmawiać, zobaczyć, jak wygląda życie innych ludzi,
       Restauracja Toma i Gustawa to miniatura świata, w którym obok siebie żyją młodzi i starzy, ludzie na stanowisku, którzy już coś w życiu osiągnęli i ci, którzy dopiero biorą się z życiem za bary.
A każdy przychodzi z własnym bagażem spraw, uczuć, problemów i widzi, że nie jest osamotniony w swoim bólu, że każdy inny człowiek też z czymś się zmaga i też szuka przyjaznej duszy.
       Zagubiona Petra nie potrafi obiektywnie ocenić swojego talentu, wierzy, że uda się jej utrzymać z tego, co lubi robić, nie ma innego pomysłu na życie. Tom, chłopak po traumatycznych przeżyciach próbuje rozpocząć życie na nowo. Z kolegą Gustawem zakłada więc "Przydrożny barek", który od początku działalności cieszy się dużym uznaniem gości. To ciepłe, pachnące domowym obiadem miejsce przyciąga też inną zagubioną młodą osobę, mianowicie Jaśminę, która tylko w oczach Gustawa znajdzie zrozumienie dla swoich błędów.
       Obok młodych zagubionych dusz pojawiają się też dorośli w średnim wieku: samotna Małgorzata szukająca pokrewnej duszy w internecie, Izabela, która nieudany związek odreagowuje, szukając w barku inspiracji do swojej książki, jest także jej siostra Mira, zaopatrzona przez autorkę stałym epitetem "aktorka charakterystyczna". Ta ostatnia skutecznie zwabia pewnego starszego pana, który pod wpływem jej uroku kompletnie nie zauważa, że jest finansowo wykorzystywany przez tę uroczą damę. I kolejna z postaci, które niczym aktorzy pojawiają się i znikają na scenie "Przydrożnego barku" - Modesta, starsza pani najsilniej chyba odczuwająca samotność i starość.
       "Przydrożny barek", miejsce na pozór zwyczajne jak wiele innych małych punktów gastronomicznych, jest wyjątkowe, bo oprócz pachnących zup oferuje swym gościom namiastkę domu, w którym każdy ma swoje miejsce przy stole i przyjazną duszę. Oby więcej takich "Przydrożnych barków" wokół nas.

          

sobota, 20 września 2014

"Lato w Jagódce" - Katarzyna Michalak



Przyjemny tytuł i ciepłą okładka sugerują, że akcja książki będzie się rozgrywać w wakacyjny miesiące w zabytkowym dworku, wśród zapachu wszelkiego rodzaju roślinności otaczającej dom, Niestety, zarówno tytuł, jak i okładka są mylące. Wydarzenia rozgrywające się w tytułowej Jagódce zajmują chyba nie więcej niż jedną dziesiątą objętości książki, i to na samym jej końcu. Skąd więc pomysł na taki tytuł? Owszem Jagódka pojawia się w kilku wcześniejszych miejscach - wspomina o niej Stefania, rozmyśla Gabriela, jednak jej wątek nie jest głównym, dlatego według mnie tytuł powinien brzmieć inaczej.

Książkę Lato w Jagódce czyta się łatwo i przyjemnie, chociaż paradoksalnie nie przedstawia ona lekkiej opowieści, która płynie leniwie jak letnie dni w zacisznym dworku. W przedstawionym czasie i przestrzeni dzieją się ludzkie dramaty, każdy z bohaterów jest czymś obciążony - a to kalectwem, a to biedą, samotnością, nieszczęśliwym dzieciństwem, wyrzutami sumienia, doświadczeniem wojny. Ta lekkość narracji pokazuje, że mimo wszelkiego zła, które dotyka człowieka, życie może być piękne. Ta pozytywna energia płynące z tej momentami nawet tragicznej opowieści to zasługa autorki, która ma dar dostrzegania w życiorysach, jakiekolwiek by one były, czegoś pozytywnego, a przede wszystkim - ukazywania piękna człowieczeństwa.

Lato w Jagódce to opowieść o współczesnym, bardzo doświadczonym przez życie Kopciuszku, który jak za skinieniem czarodziejskiej wróżki zamienia się w piękną kobietę i dostaje szansę na  normalne życie. Na równi z historią Gabrysi, rozgrywają się inne - jej ciotki Stefanii, Pawła i jego matki, Alka, Malwiny. Każda z tych postaci, gorzko doświadczona przez życie, odnajdzie po wielu zawirowaniach spokój i harmonię. Osiągnięcie tego stanu nie byłoby możliwe, gdyby nie obecność kogoś bliskiego. Sprawdza się zasada:  Gdy ty  pomagasz komuś, kiedyś ktoś pomoże tobie.

Lekki ton książki, szczypta humoru i ciekawe, wręcz niezwykłe historie to bardzo ciekawe połączenie, aczkolwiek przyczepiłabym się do kilku rzeczy. Najpierw do naciąganego, pasującego jak pięść do nosa wątku marokańskiego księcia i jego czterech ochroniarzy z kałasznikowami w rękach. Wkroczenie tej ekipy do gabinetu w zoo z martwym sokołem w założeniu miało być zabawne, mnie jednak nie śmieszyło ze względu na swoją absurdalność, a kolejne pojawienie się jej w akcji książki było już naprawdę denerwujące. 

Kolejna rzecz, do której mogłabym się przyczepić, to zbyt dużo tragicznych lub nieprawdopodobnych zdarzeń, które dotykają grupę bliskich sobie osób. Moim zdaniem nagromadzenie ich sprawia, że opowiadana historia traci na wiarygodności, a dodatkowo te niesłychane zbiegi okoliczności sprawiają, że książkę zaczyna się ją czytać jak baśń,a nie historię z życia wziętą. 

I jeszcze jedna myśl nasunęła mi się po lekturze tej książki. Brakowało mi w niej bardziej wiarygodnego ukazania rekcji bohaterów na momenty zmieniające ich życie. Przykładowo: Gabriela dowiaduje się prawdy o Malwinie, prawdy, która powinna nią wstrząsnąć, wywołać szereg głębokich emocji, bo przecież dotyczy także jej samej. Tymczasem Gabriela przyjmuje tę prawdę do wiadomości, przychodzi do Malwiny, by wszystko rzeczowo, bez  cienia emocji wyjaśnić i łatwo, bezstresowo przechodzi do porządku dziennego. Podobnie jest też w przypadku innych bohaterów. Tak mało emocji w tak ważnych i zmieniających życie bohaterów chwilach z pewnością też nie służy uwiarygodnieniu tych historii.

To tyle jeśli chodzi o pewne niedociągnięcia powieści. Ogólnie warta polecenia, gdyż w tym  splocie nieprawdopodobnych zdarzeń można wyczytać sporo więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. 

 

piątek, 1 sierpnia 2014

"Martin Eden" - Jack London





                   Martin Eden - powieść napisana już lata temu, jest zaskakująco aktualna dzisiaj. Niby inne czasy, inna sytuacja polityczna i społeczna, ale jakże łatwo odnieść problemy w niej zawarte do świata XXI wieku. Problem odrzucenia i potępienia inności, oceniania innych przez pryzmat portfela, problem ciężkiej, słabo opłacanej pracy, która pozbawia człowieka chęci do życia i myślenia o czymś innym niż tylko: jak przeżyć . No i myśli przewodnie utworu:
-  jednostka wybitna, która nie może się przebić w świecie szmiry i tandety
- sławne nazwisko, dzięki któremu można sprzedać wszystko,
- sztuka jako towar, na którym można sporo zarobić.
 Jakie to wszystko aktualne!

           Martin Eden, prosty, 20-letni marynarz wywodzący się z rodziny robotniczej,  ratuje życie chłopakowi z wyższych sfer i w dowód wdzięczności zostaje zaproszony na obiad do państwa Moorse. Salon bogatego domu robi na chłopaku niesamowite wrażenie. Martin po raz pierwszy w swoim życiu widzi prawdziwe piękno, o którym do tej pory tylko czytał w książkach. Dzień ten na zawsze zmieni jego życie, zwłaszcza że w owym salonie pojawi się subtelna i delikatna Ruth, uosobienie piękna, niewinności i anielskości. Chłopaka upaja widok dziewczyny, jest odurzony jej pięknem i przepełniony pragnieniem przebywania z nią.
                 Spotkanie z rodziną Moorse'ów uświadamia Martinowi nędzę własnego życia i staje się impulsem do zmian. Chłopak chce za wszelką cenę dorównać Ruth intelektualnie. Nadrobienie zaległości w wykształceniu wydaje się niemożliwe, gdyż Martin nie zna podstaw, a wszelkie próby zrozumienia podręczników wypożyczanych z czytelni kończą się niepowodzeniem. Beznadziejne błądzenie w labiryncie wiedzy nie zniechęca go. Ambitny chłopak uczy się ze słownikiem w ręce, dniami i nocami, kosztem snu i zdrowia, przyswaja wiedzę z różnych dziedzin.
                  Młody marynarz czuje się wśród książek jak ryba w wodzie. Uczenie się daje mu satysfakcję i dodaje wiary w siebie. Martin wie już, że znalazł to, czego od dziecka mu brakowało:

Całe jego dzieciństwo i młodość pełne były dziwnego niepokoju. Sam dobrze nie wiedział, czego szuka, lecz zawsze czegoś pragnął, choć aż do czasu spotkania z Ruth daremnie za tym czym gonił. Teraz jego niepokój stał się ostry i bolesny, lecz w końcu Martin dowiedział się jasno i ostatecznie, że tym, co musi posiąść, jest piękno, rozum i miłość. 

                  Najszybszy efekt przynosi nauka gramatyki. Chłopak mówi już tak jak Ruth i jej sfera. W rekordowym czasie uzupełnia swoje wykształcenie, żyjąc z pieniędzy zarobionych podczas rejsu. Gdy kończą się oszczędności, postanawia zarabiać na życie w inny sposób - pisze opowiadania o tematyce marynistycznej i wysyła je do gazet przekonany, że spodobają się wydawcom. Niestety, żadna jego twórczość nie zostaje przyjęta do druku. Martin nie traci nadziei, żyje skromnie, głoduje, zastawia w lombardzie ubranie, rower - wszystko po to, by przetrwać do dnia, w którym któryś z tekstów przyniesie zysk. Głodowanie zmusza go do podjęcia pracy w hotelowej pralni. Kilka tygodni harówki od rana do wieczora skłania chłopaka do refleksji na temat pracy. Martin widzi, że praca ponad siły upadla człowieka, sprawia, że przestaje on myśleć i czuć, nie ma ambicji, pragnień i chęci doskonalenia siebie. Jedyną potrzebą są sen i raz w tygodniu - upicie się. Chłopak i jego współpracownik Joe porzucają hańbiącą pracę. Joe wybiera włóczęgostwo, Martin wraca do dawnych zajęć i Spencera, którego odkrył na początku swoich studiów. Jest zafascynowany teorią ewolucji, na na niej kształtuje swoje poglądy na świat i relacje międzyludzkie. Kolejne wizyty w domu Moorse'ów uświadamiają mu pewien paradoks. Otóż zauważył, że poziomem wiedzy i umiejętnością twórczego myślenia znacznie przewyższa Ruth - kobietę z dyplomem ukończenia studiów, jak również innych bywalców salonu Moorse'ów, którzy również szczycą się wyższym wykształceniem:

Przeważnie jednak Martin wiedział więcej od nich o życiu i książkach i dziwił się tylko, w jakie skrytki i zaułki mózgu chowali ci ludzie swoje wykształcenie. Nie zdawał sobie sprawy, że sam posiadał niezwykłą żywość umysłu; nie przypuszczał również, że tych ludzi, którym dane było mierzyć głębie i myśleć o rzeczach ostatecznych, nie należało szukać w salonach różnych Morse'ów tego świata. Nie wiedział też, że ludzie tacy niby orły królewskie królewskie krążą samotnie w błękitach nieba, wysoko ponad ziemią i skłębionym rojowiskiem jej stadnego życia.

                        Powoli do Martina zaczyna docierać, że środowisko burżuazyjne to dorobkiewicze, ludzie, dla których ważne są pieniądze i konwenanse. Nie ma w nim miejsca na indywidualizm, a sztuka jako wartość intelektualna u nich w ogóle nie istnieje. Również Ruth, choć ciągle bardzo ją kocha, nie jest już w jego oczach tak niezwykła, za jaką ją uważał, gdyż nie rozumiała jego jako artysty, nie doceniała jego twórczości i ciągle namawiała go do podjęcia pracy zarobkowej:

Martin nie wiedział, że dla Ruth "rozkosz twórcza" jest tylko pustym dźwiękiem. Owszem, używała tego wyrażenia, od niej nawet usłyszał je Martin po raz pierwszy; czytała o tym, studiowała to nawet, zdobywając swój stopień naukowy na uniwersytecie. Nie znała jednak samodzielności myślenia ani też twórczości na jakim bądź polu, wszelkie zaś przejawy kultury były u niej tylko echem wypowiedzi osób innych.

                          Co w takim razie skłoniło państwa Moorse'ów do akceptowania Martina w swoim domu? Otóż gdy zauważyli oni zainteresowanie Ruth nieznajomym młodzieńcem, pozwalali jej spędzać z nim czas, by w końcu przestała być 24-letnią dziewczynką i zaczęła interesować się płcią przeciwną. Zaręczyny młodych nie zostały potraktowane poważnie, zresztą niechęć Martina do "objęcia posady" uspokoiła ich, wiedzieli bowiem, że za lenia i darmozjada ich córka nigdy nie wyjdzie.
                      Martin tymczasem ciężko pracuje, dniami i nocami tworzy nowe, tym razem już dojrzałe i wartościowe, których jednak żadne czasopismo nie chce wydrukować. Ciasny pokoik wynajmowany od wdowy Marii staje się miejscem tworzenia dzieł, które, jak sądzi ich autor, kiedyś zostaną docenione. Wspomniana Maria - matka ośmiorga dzieci, które sama utrzymuje, piorąc i prasując bieliznę zamożniejszych sąsiadów, chociaż sama bieduje, ratuje swojego lokatora talerzem zupy.
                 Pasmo niepowodzeń Martina wydaje się nie mieć końca. Przypadkowe wystąpienie na wiecu socjalistów zostaje opacznie zrozumiane i zostawia echo w postaci artykułu, który przedstawia Martina jako zagorzałego zwolennika tej ideologii. Dowiadują się o tym jego szwagrowie, którzy całkowicie odcinają od Martina jego siostry, jak również państwo Moorse. Chłopak dostaje list, w którym narzeczona donosi o zerwaniu zaręczyn.
                     Niezwykła więź połączyła Martina z Brissendenem, nieuleczalnie chorym poetą. I chociaż różniły ich poglądy polityczne i społeczne (Martin był indywidualistą, zwolennikiem teorii ewolucji, która ma prawo wyeliminować słabsze i chore jednostki, a jednocześnie wyznawcą filozofii nietzscheańskiej; Brissenden - zdeklarowanym socjalistą), połączyła ich miłość do poezji. Wydana za sprawą Martina  Efemeryda Brissendena, dzieło, zdaniem chłopaka, wybitne i jedyne w swoim rodzaju, stała się obiektem kpin i parodii, a przez niektóre środowiska uznana za utwór obrazoburczy, a wręcz heretycki. Ta sytuacja wstrząsnęła Martinem. Uświadomił sobie, że zmarły już Brissenden miał rację - czasopisma to nie miejsce dla prawdziwej sztuki, a prawdziwy artysta nigdy nie znajdzie uznania w środowisku burżujów.
                    Tymczasem jednak następuje nagły zwrot w życiu Martina. Jedno z czasopism drukuje rozprawę Hańba słońca. Utwór ten wywołuje zainteresowanie rzeczoznawców, którzy na łamach gazet toczą z sobą dyskusję na temat tego utworu. Okazuje się, że nazwisko Martina jest już bardzo znane i można na nim zarobić. Czasopisma zabiegają więc o kolejne utwory, oferując ogromne pieniądze. I płacą krocie za to samo, co wcześniej odrzucały. Nasz bohater w jednej chwili stał się bardzo bogaty i sławny, jego utwory znalazły uznanie w oczach redaktorów i wydawców, ale czy rzeczywiście o takiej sławie marzył? Przecież całą twórczość, którą teraz rozchwytują gazety, stworzył już dawno temu, te same utwory były wcześniej notorycznie odrzucane, więc czy na pewno uznano je za dzieła wybitne, czy też inne pobudki kierują wydawcami?
                         Martin zdaje sobie sprawę, że jego dzieła sprzedają się nie dlatego, że są wartościowe, a le dlatego, że jego nazwisko zupełnie przypadkiem,dzięki Hańbie słońca, stało się głośne. Burżuje nie kupują ich dlatego, że je rozumieją i chcą czytać, ale dlatego, że tak wypada, że wszyscy je czytają. Zapraszają go też na obiady, by móc się pochwalić niezwykłym gościem. Nagle przychylna staje się mu rodzina Moorse'ów, która chętnie widziałaby go w roli męża Ruth.

                          Martin jest zawiedziony i rozgoryczony. Nie o takiej sławie przecież marzył. Rozczarowany środowiskiem "wyższych sfer", które tak mu kiedyś imponowało, postanawia na nowo zbliżyć się do klasy robotniczej, z której się wywodził. Próba powrotu do dawnego środowiska jednak się nie powiodła:

Wszystko to rozczarowywało go. Rozwinęła się w nim jakaś obcość. Podobnie jak młode piwo stało się dlań zbyt prostackie, tak dzisiaj dawne towarzystwo wydawało mu się nużące i niemiłe. Zbyt wiele tysięcy otwartych książek rozdzieliło ich na zawsze. Martin wygnał sam siebie z kraju młodości. Tak długo podróżował po świecie ludzkiej myśli, że nie było już dlań powrotu. A przecież był tylko człowiekiem i pragnienie życia społecznego pozostało w nim niezaspokojone. Nowego domu nie znalazł. Jak nie rozumieli go towarzysze walczący w tej chwili za niego, jak nie rozumiała go własna rodzina, jak wreszcie nie rozumieli go burżuje - tak samo i ta piękna siedząca przy nim dziewczyna, którą tak wysoko cenił, nie zdoła zrozumieć ani jego samego, ani szacunku, którym ją obdarzał. 

                         Jedyną osobą, która go bezgranicznie kochała, była piękna robotnica Lizzie, jednak i przy jej boku Martin nie wyobrażał sobie życia po tym, co się stało:

Ach, ty Martinie Edenie - zwierzał się sobie po chwili. - Nie jesteś bydlęciem i marny też z ciebie wyznawca Nietzschego. Ożeniłbyś się z nią, gdybyś mógł,i biedne jej serce napełniłbyś po brzegi słodyczą. Ale nie możesz, nie możesz! I wstyd mi za ciebie.

                          Ruth, która po sukcesie Martina znów chciała z nim być, uświadomiła mu, że uczucia, które w niej ulokował całkowicie już wygasły, kochał nie ją, ale błędne wyobrażenie o niej:

Wiedział już teraz, że nigdy naprawdę nie kochał Ruth. Kochał swój ideał, eteryczną zjawę własnej wyobraźni, promienne natchnienie poematów miłosnych. Prawdziwej Ruth, tuzinkowej mieszczanki, obarczonej wszystkimi wadami jej sfery i beznadziejnym balastem psychologii burżuazyjnej - nie kochał nigdy.

                         Niepokój, pustka, rozgoryczenie, brak swojego miejsca na ziemi popychają Martina do dramatycznego kroku. Ginie poeta, jednostka wybitna, która znalazła się w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu. Prawdą okazały się słowa Brissendena o Martinie: Tak czy owak jesteś przedpotopowym zabytkiem razem z twoim Nietzschem.

                        

piątek, 25 lipca 2014

"Powrót na wyspę" - Elin Hilderbrand



                    Porzucona na 13 lat wyspa znów staje się ważnym miejscem dla rodziny Tate'ów. Dwie siostry: Chess i Tate, ich matka Birdie i ciotka India wracają do letniego domu na Tuckernuck. Birdie ma nadzieję, że na łonie natury Chess odzyska równowagę psychiczną po traumatycznych przeżyciach związanych z odwołaniem przez nią ślubu i śmiercią narzeczonego. Tate porzuca na chwilę swój komputerowy świat, by wesprzeć siostrę. India, która ma na swoim koncie podobne doświadczenia co Chess, jedzie wesprzeć siostrzenicę i pokazać jej, że życie po stracie bliskiej osoby jest możliwe. Okazuje się jednak, że wyspa, oaza ciszy i spokoju, działa na wszystkich oprócz Chess, która wciąż nie może pogodzić się z tym, co się stało. Dziewczyna za radą psychologa pisze wspomnienia, w których opisuje prawdziwy powód  zerwania i szczegóły wypadku Michaela Morgana. Czas mija, a pamiętnikowa terapia nie przynosi żadnego skutku - Chess jest ciągle zamknięta w sobie, niedostępna, nie ma ochoty z nikim rozmawiać.
                     Specyficzny klimat Tuckernuck działa jednak na pozostałe wczasowiczki, które z dystansem patrzą na swoje dotychczasowe życie, inaczej postrzegają siebie i ludzi, z którymi ostatnio przebywali. Birdie widzi, że jej związek z żonatym Hankiem nie był dobrym pomysłem. India przestaje uciekać przed życiem i podejmuje decyzję, która z pewnością zszokuje jej synów. Tate, najmniej skomplikowana osoba w tym towarzystwie, ma jasny cel: zdobycie tego, czego nie udało się jej zdobyć lata temu - niezwykle przystojnego Burrnetta Lee, który opiekuje się ich domem i przywozi zaopatrzenie.
                    Burnett Lee - syn Chucka, romantycznego bohatera młodości Indii i Birdie, wywołuje we wszystkich kobietach silne emocje. Starszym siostrom przypomina swojego ojca, w którym obie kobiety się podkochiwały. Dla Chess chłopak jest kolejnym wyrzutem sumienia, dla Tate - pierwszą młodzieńczą miłością, która odżyła ze zdwojoną siłą, ale również powodem kolejnych zazdrości i poróżnień z siostrą. Tate - osobowość nieskomplikowana i geniusz komputerowy - prowadzi nijakie życie: zupełnie przypadkowo kupuje mieszkanie w Charlotte, długie godziny spędza w samolotach, którymi lata, by ratować systemy komputerowe największych światowych firm. Dziewczyna najchętniej wzięłaby, co swoje, lecz hamuje swoje namiętności, pozwalając Burrnett'owi się zdobywać. 
                   Tate i Chess bardzo się różnią i na pierwszy rzut oka nie mają z sobą nic wspólnego. Obie bowiem odnajdują w sobie nawzajem to, czego każdej brakuje. Tate uczy się od siostry, jak być damą, Chess z  kolei od Tate energię płynącą z jej wewnętrznego spokoju. To właśnie siostra jest tą osobą, przed którą Chess po miesięcznych wakacjach postanawia się otworzyć. 
                       Postać Tate według mnie została ukazana nieco zbyt prymitywnie. Kobieta wykształcona, z ogromną wiedzą informatyczną, samodzielna, bogata, wysportowana została ukazana jako mało skomplikowana, zbyt prostolinijna, niedojrzała dziewczynka, dla której wszystko jest czarne lub białe. Żadnych wahań, żadnych wątpliwości, refleksji, przemyśleń, głębszej analizy zdarzeń. Trzydziestoletnia kobieta sukcesu z charakterem nastolatki to chyba przesada. Postać Tate jest przez to mało wiarygodna. 
                    Po lekturze Powrotu na wyspę czułam jakiś niedosyt. Ciekawe życiorysy, ciekawe historie, ale jednak podane nieco zbyt lekko. Spodziewałam się więcej dramatyzmu, dynamizmu, ale pewnie zamysł autorki był taki, żeby akcja płynęła - jak te wakacje na odludziu - w leniwej atmosferze. Chyba pora sięgnąć po ambitniejszą prozę.

czwartek, 22 maja 2014

"Wstręt do tulipanów" Richard Lourie


Wydawałoby mi się, że o drugiej wojnie światowej napisano już wszystko, jednak po lekturze powieści Richarda Lourie można się przekonałać, że ten temat nigdy się nie wyczerpie, że ile świadków tamtych dni, tyle ludzkich dramatów, tyle odrębnych historii.

Wstręt do tulipanów to dramatyczna historia człowieka, który u schyłku życia musi na nowo zmierzyć się z koszmarem wojny. Zaskakujący jest spokój, z jakim główny bohater opowiada o dalekim od normalności dorastaniu w czasie wojny w Holandii. Ten prosty język i dystans do tamtych wydarzeń sprawiają, że historia przemawia do czytelnika ze zwiększoną siłą.

Joop mieszkał z rodziną w Amsterdamie. Ojciec chłopca, nadużywający trunków hotelowy kucharz, i zajmująca się domem matka nie poradzili sobie z nową sytuacją w kraju. Wojna, a w związku z nią codzienny strach o życie i trudności związane ze zdobyciem żywności i środków higieny destrukcyjnie wpłynęły na ich psychikę. Nieporadność życiowa rodziców zmusiła biednego Joopa do przejęcia odpowiedzialności za rodzinę. To dziecko od historycznego dnia 10 maja 1940 roku musiało dźwigać zbyt duże brzemię rozmaitych emocji, niepokojów, trosk, udręczeń. Ciążyło na nim zbyt wiele obowiązków i przytłaczające poczucie odpowiedzialności za rodzinę. Zazdrość o matkę, która była pochłonięta opieką nad bliźniakami, trudy zajmowania się braćmi, którzy domagali się noszenia żółtych gwiazd, tęgie lanie będące konsekwencją działań sabotażowych chłopca i wreszcie chyba najbardziej odczuwalna utrata ojcowskiej miłości to zdecydowanie za dużo jak na kilkuletniego chłopca. Okaże się jednak, że życie jest jeszcze okrutniejsze. Joop rozpaczliwie szuka sposobu na odzyskanie względów ojca. Podejmuje różne prace zarobkowe, by za przyniesione do domu pieniądze usłyszeć pochwałę od ojca. Tyle że ociec ciągle milczy. Przychodzi choroba Joopa, a z nią wyrzuty sumienia, obarczenie się winą za śmierć brata Jana. Czy może się stać jeszcze coś gorszego? Okazuje się, że tak - choroba ojca i ciągłe zalecenia doktora dotyczące właściwego odżywiania mężczyzny skłaniają Joopa do najgorszego. Wspólnie z wujem - byłym nazistą, weteranem wojennym, który z bitwy w szeregach Hitlera wrócił bez nóg i jakiejkolwiek opieki, udają się w poszukiwanie żywności. Ten dzień odciśnie piętno na całym jego życiu.

Po latach Joopa odwiedza brat. Rozmowa z nim zmusi go do ponownego zmierzenia się z koszmarem wojny.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"Jak oddech" - Małgorzata Warda


Książka została przekazana przez serwis 



„Jak oddech” to wyznania dziewczyny, która z perspektywy swoich dwudziestu jeden lat wraca do przeszłości, analizuje ją i szuka w niej przyczyn obecnych wypadków. Jasmin za wszelką cenę próbuje wyjaśnić zagadkę zniknięcia swojego chłopaka, a zarazem najlepszego przyjaciela, który był obecny w jej życiu od najmłodszych lat. Jego matka Alicja nie umiała mu okazywać matczynych uczuć, gdyż pojawił się na świecie w najmniej oczekiwanym momencie.
Wychowaniem Staszka zajęła się więc matka Jasmin, przyszywana siostra Alicji, której marzenie o powiększeniu rodziny nie mogło się spełnić. Staszka traktowała więc jak własnego syna, a jej córka była dla niego najlepszym towarzyszem dziecięcych zabaw. Staszek i Jasmin spędzali z sobą każdą wolną chwilę, co zaowocowało niezwykłą przyjaźnią, która w przyszłości, jak zaplanowali, miała się przerodzić w prawdziwą miłość aż po grób. Opowieść Jasminy o niedawnych wypadkach, przerywana wspomnieniami z dzieciństwa, budzi jednak wątpliwości, czy aby na pewno ta młodzieńcza emocjonalna bliskość przez obie strony była postrzegana jako zalążek przyszłej miłości.
Staszek od najmłodszych lat był inny niż jego rówieśnicy, do czego przyczyniła się jego wiecznie zapracowana i tkwiąca w toksycznym związku matka. Chłopiec usłyszał od niej kiedyś, że nie był dzieckiem chcianym. Nietrudno sobie wyobrazić, jak takie słowa wpłynęły na rozwój chłopca. Po latach, w rozmowie z Jasmin Staszek tak mówi o ich przyszłym wspólnym dziecku: „ Jeśli tak się zdarzy, nigdy nie usłyszy ode mnie, że cokolwiek zepsuło w moim życiu. Takich rzeczy nie powinno się mówić dzieciom. To takie wielkie obciążenie, za wielkie, bo potem…”
Staszek wkroczył w dorosłość obciążony brzemieniem wdzięczności dla matki Jasmin i dziecięcą obietnicą dozgonnej wierności Jasmin. Małomówny i zamknięty w sobie przenosi swoje emocje na papier. Młody artysta malarz tworzy dziwne wizje, w których być może kryje się zagadka jego przyszłego zniknięcia.  Wydaje się, że tylko w swojej twórczości Staszek jest prawdziwie wolny.
Gdy pewnego dnia chłopiec znika, zostawiając szereg niezałatwionych spraw, dla Jasmin kończy się świat. To przecież Staszek był dla niej wszystkim, z nim planowała przyszłość, jego tak bardzo kochała. Dziewczyna chce poznać prawdę, choć przeczuwa najgorsze. Na własną rękę szuka śladów obecności Staszka, a gdy traci nadzieję, że odnajdzie go żywego, robi wszystko, aby odnaleźć jego ciało. Działa na własną rękę, uciekając się do niestandardowych metod poszukiwania, nie wierząc w sugestie matki ani pani detektyw.

„Jak oddech” to powieść o uczuciach, które osaczają, ograniczają wolność i zabierają zdolność właściwego rozumowania i decydowania o własnym losie. To także opowieść o czasie dojrzewania, w którym łatwo się pogubić, pomylić pewne pojęcia, rozpoznać prawdziwe potrzeby i uczucia. Książka na pewno spodoba się czytelnikom lubiącym tropić zagadki kryminalne, jak również miłośnikom prozy psychologicznej. 

sobota, 22 czerwca 2013

"Dama Kameliowa" - Aleksander Dumas



Opowieść o pełnej dramatyzmu miłości Armanda Duvala i paryskiej kurtyzany Małgorzaty Gautier moim zdaniem warta przeczytania jedynie dla poznania sytuacji obyczajowej Francji XIX wieku.

Narrator powieści z ciekawości wchodzi do prywatnego domu zmarłej kurtyzany. Odbywa się w nim licytacja rzeczy Małgorzaty. Mężczyzna kupuje książkę z dedykacją Armanada Duvala. W domu zastanawia się, kim jest ów człowiek i jaką rolę mógł odegrać w życiu Małgorzaty. Wkrótce do jego drzwi zapuka wspomniany młodzieniec i poprosi o zwrot tak ważnej dla niego pamiątki. Nad wyraz wrażliwy mężczyzna niezwykle szybko odnajduje w narratorze przyjazną duszę, której pragnie opowiedzieć o swoim związku z panną Gautier. Rozpoczyna się ckliwa opowiastka o pierwszym, nieudanym spotkaniu Armanda i Małgorzaty, o stopniowym zdobywaniu uczuć kobiety, o zazdrości, pogrążaniu się w hazardzie celem zarobienia pieniędzy dla utrzymaniu lubiącej się pławić w luksusie kobiety. Początkowa niechęć Małgorzaty do Armanda przerodziła się w gorące uczucie. Kobieta jednak nie może zrezygnować z odpowiedniego poziomu życia, toteż po kryjomu ciągle przyjmuje swoich sponsorów. Przyjaciółka Małgorzaty, Prudensja, sugeruje Duvalovi, aby ten cierpliwie znosił obecność hrabiego i księcia w życiu ukochanej. Obaj bowiem są w stanie utrzymać niezwykle wystawne życie Małgorzaty, czego nie może jej zagwarantować posiadający skromną sumę młodzieniec. Kobieta sądzi, że Małgorzata robi to dla dobra Duvala, nie chce bowiem go rujnować. Armand godzi się na takie upokorzenie, byle tylko móc przebywać w pobliżu Małgorzaty.
Wkrótce okazuje się, że Małgorzata kocha Armanda i czuje potrzebę rezygnacji z dotychczasowego życia. Zrywa kontakty z hrabią i księciem, a w ukryciu wyprzedaje swoje cenne przedmioty. Młodzi spędzają niezwykle urokliwe miesiące na wsi. Sielankę burzy jednak ojciec Armanda, który w tajemnicy przed synem odwiedza Małgorzatę i prosi ją o to, by zerwała z ukochanym, gdyż ich związek zrujnuje mu karierę, a poza tym siostra Armanda może przez nią stracić narzeczonego, gdy ten dowie się o tym, z kim związał się jego przyszły szwagier.

Główna bohaterka powieści w oczach Armanda urosła do rangi niezwykłej i cudownej kobiety. Narrator powieści również widzi w niej niezwykle doświadczoną przez los, cierpiącą kobietę. Obiektywnie zaś patrząc na postać Małgorzaty, nie można nie ulec wrażeniu, że jest to kobieta, którą zepsuł dobrobyt. Nie potrafi ona na dobre zerwać z dotychczasowym życiem, jej przemiana jest pozorna. Kobieta zmieniła się nie z wewnętrznej potrzeby, ale dla Armanda. Po rozstaniu z nim z powodzeniem wróciła do dawnego trybu życia, które zapewnił jej łatwe pieniądze i luksus. Małgorzata niesprawiedliwie więc została wykreowana na cierpiętnicę. w gruncie rzeczy pozostała przecież tą samą kobietą lekkich obyczajów. Luksus i towarzyskie życie zepsuły ją do reszty. Cóż z tego, że na łożu śmierci nieszczęsna pojednała się z Bogiem, skoro wcześniej nie potrafiła podjąć trudu uczciwego życia, nie skalała rąk pracą. Jej historia chyba niewielu jest w stanie wzruszyć. Ckliwa opowieść Armanda czytana przez współczesnego czytelnika jest w wielu miejscach po prostu śmieszna. Myślę, że wartością  "Damy Kameliowej" dziś jest nie tyle opowiedziana historia, co realistycznie nakreślony obraz społeczeństwa Francji XIX wieku i jego mentalności. Zadziwia obłuda i bezwstydność prostytutek, które bez żadnej żenady uczestniczą w życiu kulturalnym stolicy, pokazują się w najdroższych powozach, obnoszą się ze swym luksusem, przyjmują panów o każdej porze dnia i nocy, nie krępując się obecnością służących. Jeszcze bardziej zaś szokuje zachowanie panów, którzy rywalizują o względy tych pań i wręcz chlubią się ich obecnością przy swoim boku.

Warstwa obyczajowa książki zasługuje na szczegółową lekturę, sama zaś akcja jest według mnie za bardzo ckliwą i nieprzekonującą opowieścią.